W Piątek Macierewicz objawia się po raz drugi.

DC_DTpsWAAEAEwJ

Obejrzałem wywiad z Tomaszem Piątkiem w Superstacji na temat książki o powiązaniach ministra Macierewicza z rosyjskimi służbami specjalnymi. Rzecz jest warta uwagi.

Warta uwagi szczególnie ze względu na sposób, w jaki autor opowiada o dokonanych przez siebie odkryciach. Zwraca uwagę ogromna ekscytacja i przejęcie, podniesiony tembr głosu autora, który z przejęciem prosi raz za razem o przedstawienie planszy, na której od wyrazu „Macierewicz” do wyrazu „Putin” wyrysowane są skomplikowane kreski rysujące tajemniczą sieć rosyjskiej szajki, której Macierewicz jest funkcjonariuszem.

Niewątpliwie Tomasz Piątek jest niezbicie przekonany, że oto przeprowadził dowód na to, że polski minister jest rosyjskim szpiegiem i że informacja ta dokona kompletnej rewolucji w życiu politycznym Polski, Rosji i całej Europy. Że oto on, polski dziennikarz, odkrył i udowodnił, że to rosyjska mafia załatwiła PiS wygraną w wyborach i że to z Moskwy realizuje się polską politykę. I że na pewno nie dostaniecie jego książki w księgarniach, bo – jak twierdzi – sprzedawcy będą się bali ją wystawiać na półki.

Nie da się rozmawiać ani ufać ludziom owładniętym manią spisku i przekonaniem o tym, że światem rządzą ukryte siły, o których my, zwykli ludzie, niewiele wiemy. Zarówno Macierewicz ze swoimi teoriami smoleńskimi, jak i Piątek ze swoją teorią rosyjskiej mafii rządzącej Polską, są niewiarygodni. I obaj mają w oczach to, co najgroźniejsze – ów rewolucyjny zapał i radykalizm, które prawie zawsze źle się kończą.

Politycy powinni kolegować się z bandytami

 

Wątpię, by ktoś jeszcze miał wątpliwości co do dwóch spraw związanych z Pawłem Kukizem. Po pierwsze, Kukiz’15 to partia. Po drugie, Kukiz’15 to partia wodzowska. Nie dość więc, że jest to twór oparty na mało zgłębionym przez jej lidera i większość działaczy pomyśle JOW-ów jako zbawieniu dla Polski i być może świata, twór sterowany przez lidera powodowanego bardziej emocjami, niż rozumem, wreszcie twór, który jak kania dżdżu czeka następnych wyborów, kiedy jego lojalność i popieranie rządu PiS przyniesie w końcu realne apanaże.

Mało eleganckie wyrzucenie w klubu pana Liroya nie powinno już nikomu pozostawiać jakichkolwiek wątpliwości, że Paweł Kukiz, trąbiący wszędzie o tym, jakie to jego „ugrupowanie” nie jest obywatelskie, otwarte na różne środowiska i transparentne, przejawia – najlepsze lub najgorsze, w zależności od upodobań – cechy autorytarnego wodza.

Obawiałem się pana Liroya w roli posła. Okazał się on natomiast pracowitym parlamentarzystą, pomysłowym w znajdywaniu sobie nisz do pracy i pracującym ponoć więcej, niż większość ludzi z Wiejskiej. W dodatku potrafiącym powiedzieć w „setce” tak, żeby nadawały ją wszystkie stacje. I chyba to ostatnie tak zdenerwowało Kukiza.

Paweł Kukiz nie ma charakteru mediatora, rozjemcy, słuchacza. To urodzony lider i wódz. Kiedyś tych swoich wszystkich zespołów, a teraz – partii politycznej.

Dlatego nie dziwię się, że kiedy pojawił się w jego otoczeniu ktoś, kto mógłby mu zagrozić charyzmą, medialnością, wyrazistością i zainteresowaniem mediów, natychmiast poczynił kroki, aby pana Liroya wyciąć u korzenia.

Przyznajmy bowiem, że zarzuty Kukiza pod adresem Liroya, są nie tylko śmieszne, ale wręcz absurdalne. Oto powodem usunięcia pana Liroya z szeregów klubu był fakt, że koleguje się on z osobami zamieszanymi w aferę reprywatyzacyjną w Warszawie. Oczywiście Kukiz nie okazał się na tyle odważny, by nazwiska owe ujawnić. Skończyło się na tym, że „wywalamy Liroya, bo ma niefajnych kolegów, ale jak przyłączy się do naszej piaskownicy, a z tamtymi skończy, to być może go przyjmiemy”. Oto cała koncyliacyjność i transparentność pana Pawła Kukiza.

Politycy i dziennikarze każą nam żyć w swoistym matrixie powtarzając, że dla polityka lub dziennikarza, który ma kolegów i znajomych powiązanych ze światkiem szemranych interesów, przekrętów i wałków, nie ma miejsca w mediach i polityce. Jednak każdy, kto choć trochę poznał świat mediów i polityki od środka wie, że w rzeczywistości ludzi robiących mniejsze lub większe przekręty, biznesowych oszustów, byłych i aktualnych przestępców, kręci się wokół polityków mnóstwo.

Czy to źle, czy dobrze? Ależ owszem, że dobrze! Politycy powinni szukać znajomości wśród przestępców, tak samo, jak dziennikarze powinni nawiązywać kontakty z półświatkiem! A poseł Paweł Kukiz powinien za wszelką cenę utrzymywać w swojej partii ludzi takich, jak Liroy. Ludzi, którzy mają kontakty ze środowiskiem przekrętów przy prywatyzacji mienia warszawskiego!

W jaki sposób ci wszyscy „szlachetni społecznicy”, nic nie wiedzący o tym, jak się robi przekręty, mają te przekręty ukrócić? Kto lepiej wie, w jaki sposób oszukano setki ludzi na grube miliony, jak nie ten, kto w tym uczestniczył? Kontakty i przyjaźnie posła Leroya są wręcz bezcenne dla każdego, kto chce tę aferę wyjaśnić, a winnych wsadzić za kratki.

Firmy produkujące oprogramowanie antywirusowe od dawna zatrudniają hackerów. Ludzie, którzy łamią systemy zabezpieczające nasze komputery najlepiej przecież wiedzą, jak je lepiej zabezpieczyć. Najskuteczniejszą metodą walki z mafią, jaką znamy, jest podszywanie się policjantów pod bandytów i wnikanie w siatkę mafijnych powiązań. Dziennikarze próbujący rozwikłać poważne sprawy kryminalne właśnie wśród kryminalistów szukają kontaktów, bo kto, jak nie oni, wie o tych sprawach najwięcej?

Polityk mający znajomości w świecie ludzi, próbujących oszukać prawo, jest na wagę złota, bo właśnie ci ludzie wiedzą najlepiej, jak to prawo uszczelnić, gdzie znajdują się jego najsłabsze ogniwa, luki, którymi można wyciągnąć z systemu grube pieniądze. Tak to zresztą działa od zawsze. Wyrzucenie Liroya z klubu jest kolejną socjotechniczną wrzutką Kukiza. Nie dość, że słabą, to dodatkowi działającą przeciw interesowi ogółu.

Czy chcę brać udział w Spektaklu Marionetek?

Na_zdj._Kazimierz_Rudzki_prezentuje_odbiornik_telewizyjny_-Leningrad-12.03.1954_r.

Zastanawiam się często, czy w ogóle warto oglądać telewizję, czytać gazety i portale w internecie. Od dłuższego czasu robię to nie po to, aby się czegokolwiek dowiedzieć, ale by wyłapywać te wszystkie kłamstewka, żonglerstwa faktami i domysłami, wewnętrzne gry polityków rozgrywane na monitorach oglądanych przez miliony osób. Pamiętam, jak kilka tygodni temu Grzegorz Schetyna chlapnął coś idiotycznego, co akurat jemu zdarza się często. Wiadomo, że Schetyna gra na konto PiS i jest wymarzoną opozycją dla tej partii. Cóż więc oglądaliśmy? 19.00 – Fakty. Przez pół programu miętolono wpadkę Schetyny – lidera Platformy Obywatelskiej! 19.30 – Wiadomości TVP. Owszem, pojawia się informacja o tym, że Schetynie coś się tam wymknęło, ale trwa to jakieś 1,5 minuty.

Zarówno widzowie TVN, jak i TVP mogli się czuć zaskoczeni. Większość z nich nie zdawała sobie sprawy, że uczestniczy w Spektaklu Marionetek.

Kiedy w Warszawie organizowane są jakieś manifestacje, zazwyczaj do publicznej wiadomości podawane są ilości osób, które biorą udział w tych marszach. I tutaj znowu mam ochotę przełączyć kanał, kiedy trzy różne źródła (policja, ratusz, organizatorzy), podają liczby różniące się o dziesiątki tysięcy osób. Pan z policyjną czapką na głowie (osoba zaufania społecznego), urzędnik (również osoba społecznie odpowiedzialna), organizator wielkiego zgromadzenia – bez mrugnięcia okiem zwyczajnie ze mnie drwią. I nie ma nikogo, kto obiektywnie zapytałby: ilu was tam było? Bo w tej chwili w Polsce musisz być uczestnikiem któregoś z plemion, nie różniących się znacząco poglądami, ale należących do ściśle ze sobą powiązanych siatek powiązań gospodarczych, osobistych, terytorialnych.

Z przykrością obserwuję znajome osoby związane z mediami, które po „dobrej zmianie” musiały dostosować to, co mówią na antenie (nawet jeśli występują tam jako dziennikarze, a nie prezenterzy) do tego, co przyniósł na tacy nowy dyrektor ośrodka telewizji publicznej. I nie zastanawia mnie nawet to, czy te osoby rzeczywiście zmieniły poglądy, bo przez wiele lat przy piwie czy kawie mówiły jakby zupełnie innym językiem. Tylko krowa nie zmienia poglądów. Martwi mnie to, że teraz najzwyczajniej nie wiem, jakie oni mają poglądy. I czy w ogóle je mają, bo w moim kraju poglądy są zależne od tego, kto jest moim przełożonym, więc gdy zmienia się przełożony, zmieniają się poglądy. Jest to niewątpliwie dość łatwe i wygodne, ale gdybym musiał coś takiego zrobić (na szczęście nie muszę), zlikwidowałbym najpierw wszystkie lustra w moim mieszkaniu.

Wracając więc do pierwszego pytania: czy warto zapalać telewizor, czytać prasę, wchodzić do internetu? And so bad and so sick. Wyłączając się, będę niedoinformowany. Włączając – będę oszukiwany, a nawet nie tyle oszukiwany, co manipulowany „prawdą” stworzoną w gabinetach prezesów partii i stacji telewizyjnych. Ci ludzie naprawdę mają nas za głupków, którzy łykną wszystko, co im się podłoży pod nos. Owszem jest garstka osób, która naprawdę chce zmieniać rzeczywistość, jest garstka dziennikarzy, którzy robią swoje. I często są oni – mimo swych rogatych duszy – pozostawiani w zarządach partii, dopuszczani na antenę, żeby pokazać ludziom jak to „dobre pany” zapewniają szeroką wolność poglądów i postaw w ramach partii lub zespołu redakcyjnego. Jest to jednak znowu kolejna manipulacja.

Więc codziennie włączam TVN (nie płacę, oglądam w internecie), a potem TVP (j.w.), aby skonfrontować ze sobą te dwa strumienie informacji. Tak różnych pod względem treści, a tak podobnych pod względem formy. Ci pierwsi robią to bardziej subtelnie i mniej obcesowo nie dlatego, że są bardziej obiektywni, ale dlatego, że większej subtelności wymaga ich widz. Widz TVN chce mieć poczucie, że walczymy na argumenty, że obie strony mają głos, że są jednak jakieś inne, mniej lub bardziej racjonalne wizje Polski i kierunku, w jaki zmierza. Widz TVP chce mieć wszystko podane „kawa na ławę”: rząd ogłosił, że jest tak, więc jest tak, a wszyscy, którzy myślą inaczej, są albo pomyleni, albo zdradzają Polskę.

Zarówno jedna, jak i druga forma manipulacji, ma swoje zalety. Jeden klient sklepu z samochodami chce, aby opowiedzieć mu o wszystkich wadach i zaletach auta, o historii marki, chce mieć możliwość wyboru wyposażenia dodatkowego, deliberuje, czy wybrać kolor nr 29844576, czy 29844577. Inny przychodzi po to, aby po prostu kupić auto, które będzie jeździło. I sprzedawca musi umieć sprawnie manipulować zarówno jednym, jak i drugim.

Żyjemy w świecie, w którym interesy dziennikarzy i polityków są na tyle ściśle związane, że kiedy polityka idzie w dół, idą też w dół dziennikarze. I na odwrót. Dlatego dobrze się zastanówcie, czy chcecie być niedoinformowani, czy manipulowani.

Czy można być ateistycznym klerykałem?

DSC05078

Ależ owszem, sam się za takiego uważam! Być może klerykalizm to zbyt mocne określenie mojego stosunku do kapłanów i instytucji Kościoła, ale nie zmienia to tego, że, po wielu lekturach, dojrzawszy do wniosku, że nie mam żadnych podstaw, aby wierzyć w Boga (pod każdym z jego przejawów), uważam, że religia jest na świecie potrzebna. Religia jako ta wielka instytucja i ludzie, którzy nią zawiadują.

Każdy oczywiście ma prawo wierzyć w to, co chce, mimo, iż wiara w Boga jest absurdem nie mającym żadnych podstaw. Cóż, ludzie wierzą w różne, równie absurdalne rzeczy i zazwyczaj nikt nie robi im z tego powodu problemów.

Zawsze mnie, na przykład, zastanawiało, jak w tamtych czasach można było zajść w ciążę pozostając dziewicą? Profesor Szamatowicz pojawił się przecież dopiero z dwa tysiące lat później i to on, a nie Duch Święty, sprawił, że stało się to w końcu możliwe.

Ciekawiło mnie też zawsze, jak należy rozumieć to, że w dniu Sądu Ostatecznego umarli powstaną z grobów. Pytałem specjalistów, duchownych, czy można to rozumieć metaforycznie? „Nie, należy to rozumieć dosłownie” – usłyszałem. Większość z nas wie, jak wygląda ludzkie truchło już na kilka miesięcy po śmierci. A jeśli te szczątki jakoś się przemienią w nowe ciała, to kiedy? Jeszcze pod ziemią, czy trzeba je będzie stamtąd wydobyć? Jeśli wydobyć, to kto tego dokona, skoro wszyscy będą umarli? A co ze zwłokami spopielonymi i zamkniętymi w ocynkowanej puszce?

Jeszcze jako dziecko myślałem o słowach pięknej skądinąd modlitwy „Ojcze Nasz”, w której jest nie dający mi spokoju fragment: skoro jest to modlitwa do Boga, to dlaczego prosi się w nim, aby „nie wiódł na pokuszenie”?

Religia, choć oparta na pozbawionych sensu założeniach, na spisywanych i wielokrotnie przepisywanych księgach pełnych sprzeczności, zlepkach niespójnych relacji, odgrywała i odgrywa ważne spoiwo społeczeństwa, i mimo, że teraz tę rolę przejęła nauka, to przed nią właśnie ze świata religii wyrosło większość zdobyczy cywilizacyjnych ludzkości. To z religii narodziła się przecież nauka, a wielu fundatorów tej ostatniej było czynnymi kapłanami.

W sprawie tego, czy zinstytucjonalizowana religia pomaga, czy przeszkadza w rozwoju społecznym, istnieją dwa główne stanowiska. Według pierwszego, rozwiniętego przez marksistów, religia jest narzędziem władzy. Mała grupka „wtajemniczonych” sprawuje kontrolę nad społeczeństwem przekonanym, że ci „wtajemniczeni” mają jakiś kontakt z Bogiem. Uzyskuje ona dzięki temu korzyści materialne i różne inne, w zamian za obietnicę zbawienia. Czyli, paradoksalnie, dokładnie tak, jak we wszystkich reżymach socjalistycznych i komunistycznych, gdzie oligarchiczne grupki funkcjonariuszy partyjnych i ich rodziny wyzyskiwały i wyzyskują lud obietnicą „świetlanej przyszłości”. Przyszłości, która przez cały czas nie przychodzi, tak samo, jak nie przychodzi obiecany Mesjasz, na którego cierpliwie czekamy.

Przeciwstawne stanowisko nazwę „funkcjonalistycznym”, bo to chyba Bronisław Malinowski jako pierwszy pokazał, że system wierzeń i powiązanych z nimi praktyk może być fundamentem, na którym zbudowane są społeczności rozsypane na tysiącach kilometrów niewielkich wysepek. Owo sławne „mana” – pojęcie stricte religijne, to jednocześnie podstawa gospodarki północnej Melanezji. Dzięki „boskiej mana” możliwy był handel na wielką jak na ówczesną skalę. Sprowadzało się to do tego, że rolę pieniądza pełniły kolorowe koraliki, w których właśnie uwięziony był duch „mana”. Za towary otrzymywało się „boską energię”, którą można było przekazać dalej, w zamian za inne towary.

Dzisiejsza polityka jest już praktycznie zlaicyzowana, a kapłanom Kościoła Katolickiego zakazane jest pełnienie funkcji publicznych. Owszem, odbywa się to często „z drugiego fotela”, ale to tylko potwierdza fakty, o których wiemy – funkcja przywódcy, a potem polityka, wyewoluowała od funkcji szamana, a potem kapłana. Babilonia czy Mezopotamia – pierwsze twory przypominające państwa – były wspólnotami opartymi na wspólnocie wierzeń religijnych i sterowanymi przez przywódców duchowych.

To „coś”, co istniało między Odrą a Bugiem w końcu X wieku n.e., stało się Polską po przyjęciu chrztu przez Mieszka I (swoją drogą Normana, a nie Słowianina).

Dlaczego o tym piszę? Dlatego, że z jednej strony mierzi mnie ten mechanizm generalizowania i odpowiedzialności zbiorowej wobec Kościoła jako instytucji, nawet przez osoby, które uczęszczają do kościoła i stojąc na mszy przy filarze wykonują polecenia kapłana, z myślą w głowie: „jak ja tego pedofila, skurwysyna nienawidzę”. Skoro tak go nienawidzisz, to nie chodź do kościoła, a nie bezwolnie klękasz, powtarzasz za nim te wszystkie formułki, a potem jeszcze idziesz do spowiedzi i zwierzasz mu się ze swoich grzechów.

Irytują mnie też ci wszyscy tzw. „wierzący, niepraktykujący”. Sorry Gregory, jeśli czujesz się członkiem Kościoła z jego zasadami, to nie możesz traktować ich wybiórczo. Mówisz o sobie, że jesteś katolikiem? No to powinieneś chodzić co niedzielę do kościoła. Takie są zasady.

Mimo wielu patologii w polskim Kościele (chciwość, nadużycia seksualne, ostentacyjne bogactwo), trudno mi sobie wyobrazić kraj bez tej instytucji. Święta Bożego Narodzenia i Wielkiej Nocy to często jedyne w roku okazje do spotkania bliskich. Wokół kościoła gromadzi się wiele organizacji pozarządowych, fundacji charytatywnych, ale jest on również, i może przede wszystkim, miejscem spotkań.

Dlatego, choć jestem ateistą, czasami chętnie chodzę na mszę popatrzeć na ludzi, przecież światopoglądowo bardzo różnych ode mnie, poobcować z tradycją, która ukształtowała wiele pokoleń Polaków. Choć uważam, że za uporczywą walkę z prezerwatywami w Afryce, Karol Wojtyła jest winny śmierci prawdopodobnie milionów ludzi zakażonych HIV, to kiedy umierał, czułem głębokie wzruszenie.

Mimo wszystkich tych absurdów i patologii, uważam, że powinniśmy w tym całym antyklerykalizmie, zachować jednak zdrowy rozsądek.

Apartamenty dla bocianów

DSC_0008

W Białymstoku deweloperzy wzięli się za budowę piętrowych apartamentów dla ptaków. I to prawie w centrum miasta. Nieopodal Alei Solidarności powstaje, uwaga, „rodzinne osiedle mieszkaniowe Bocianie Gniazdo”! Już widzę te rodziny bocianie kołujące nad tymi blokami i majestatycznie wlatujące przez balkony do swoich gniazdek.

Twórczość literacka współczesnych firm budowlanych w Polsce (których z niezrozumiałych dla mnie powodów zaczęliśmy nazywać „deweloperami”, bo mniej się kojarzy z Maliniakiem w kasku i ubłoconych butach), nie zna granic, a zderzenie tych napuszonych, sugerujących ekskluzywność lub ekologiczność nazw z rzeczywistością często boli nabywców, a śmieszy całą resztę.

W Białymstoku znalazłem jeszcze kilka perełek. Czy chciałbyś mieszkać w „Perle Armii” (kolejne bloki przy ulicy I Armii Wojska Polskiego)? I co byś opowiedział, gdyby przyjaciel wypalił: „Wpadnij do mnie wieczorem na piwo, mieszkam w perle armii”. „Co ty ćpałeś człowieku? Mieszkasz w małży?”

Trudno by mi było się też przyzwyczaić do myśli, że mieszkam w „Apartamentach Niedźwiedzia”. A Apartamenty Niedźwiedzia rzeczywiście istnieją na białostockich Dojlidach. Jakże trudno byłoby zrobić imprezę w takiej gawrze.

Niezależnie od tego, czy buduje się wielki szary blok z dwunastoma piętrami i hotelowym układem pokoi, czy też kameralne domki na skraju lasu, muszą się one nazywać albo „apartamentami”, albo jakimiś „residence”. Nadawanie niekiedy bardzo zlewających się z szarą polską rzeczywistością posmaku światowości inwestycji jest powszechne. Znowu przykład białostocki – Apartamenty LegioNova (bo przy ulicy Legionowej). „Sun Lofty” przy Alei 1000-lecia – kilka wielkich, postawionych na małej działce obok siebie, punktowców.

W Warszawie konkurs wygrywają „Płudy Village” – bo mieszkać we wsi Płudy to wiocha, ale przykłady można mnożyć. Genialny jest „Wersal Stegnny” – można dojechać metrem, a także, jako wisienka na torcie – „Osiedle Kurhan” – pierwsze w Polsce bloki zbudowane pod ziemią.

W Gdyni napotykamy jeszcze inny rodzaj lapsusów tego rodzaju – tzw. „Wzgórze Focha” – bo przy ulicy Marszałka Ferdynanda Focha, ale nie każdy może wiedzieć, że są różne fochy, a w nieodległym Gdańsku znowu wątki przyrodnicze – „Wróbla Staw” oraz „Cztery Oceany” (czy oni tam przepływają z kuchni do sypialni?).

Poza tym, w różnych miastach Polski mnożą się inwestycje, których zazwyczaj mało mówiące nazw wymagają znajomości angielskiego przynajmniej na poziomie liceum. Oto kilka przykładów: „Bema Plaza”, „River View”, Angel Wings”, „Quatro Forum”, „Sky Tower Wrocek”, „Marina Primore”, „Fort Forest” i wiele, wiele innych.

Najbardziej tajemniczą nazwą, jaką znalazłem, jest osiedle „Ukryte Pragnienia w Krakowie”. Tutaj pole do interpretacji pozostawiam Czytelnikom.

Ostateczne rozwiązanie kwestii uchodźców

Kosovo Refugees

Jakże zabawne jest to miotanie się Grzegorza Schetyny w sprawie uchodźców! Zaczyna się druga połowa rządów PiS, więc w kraju rozpoczyna się festiwal populizmu i – w rezultacie – upodabniania się stanowisk PiS i PO. W zasadzie trudno jest w tej chwili stwierdzić, czym jeszcze różnią się te partie, bo w najbardziej rozpalających opinię publiczną sprawach Grzegorz Schetyna zajął stanowisko identyczne, jak rząd: „nie zlikwidujemy 500+ i nie przyjmiemy uchodźców”. Tak, jak to pierwsze było dosyć oczywiste, bo jeszcze przez wiele lat nie wygra w wyborach w Polsce partia, która zapowie likwidację 500+, tak w tej drugiej kwestii odgrywa się przed nami prawdziwy teatrzyk absurdu.

Odrobina zdrowego rozsądku po którejś ze strony i minimum politycznej przebiegłości pozwoliłaby Polsce oczyścić się z mało cenionej w Unii Europejskiej opinii państwa, które tylko bierze pieniądze, ale nie bierze odpowiedzialności za wspólne problemy. Otóż uważam, że powinniśmy przyjąć do Polski jak największą liczbę uchodźców z Południa. Wiąże się to przecież z wymiernymi korzyściami finansowymi. Gdybyśmy zadeklarowali chęć przyjęcia, powiedzmy 100 000 osób, na pewno Unia Europejska pomogłaby nam zbudować dla nich mieszkania i zapewnić podstawowy byt, tak, jak to robi w innych krajach.

Uchodźców zaprosiłbym do województwa lubuskiego, najlepiej do gmin położonych w bezpośredniej bliskości granicy z Niemcami. Osiedla dla nich ulokowałbym blisko przejścia granicznego na Nysie, chociażby w okolicach Zgorzelca lub Jędrzychowic. Władzom samorządowym obiecałbym zbudowanie uchodźcom za pieniądze unijne zgrabnych osiedli mieszkalnych o średnim standardzie. Po zbudowaniu tych osiedli, przywiózłbym te 100 tysięcy uchodźców do tych mieszkań, a następnie z rozkoszą patrzyłbym, jak w przeciągu tygodnia wszyscy ci ludzie przechodzą przez granicę z Niemcami, bo przecież dla nich Polska nie jest żadnym celem ich pielgrzymki i – zgodnie z Układem w Schengen – będą oni mieli nieskrępowane prawo do przemieszczania się po Unii. Gwarantuję, że w ciągu tygodnia Polska nie tylko wzbogaciłaby się o kilkanaście tysięcy nowych mieszkań i zyskałaby miano kraju, które jest solidarne z Europą. Wszak nie zbudujemy tym ludziom obozów koncentracyjnych otoczonych murem ze strażnikami, tym bardziej, że takie rozwiązania, szczególnie w Polsce, bardzo źle się kojarzą.

Rozwiązanie to jest szczególnie korzystne dla Prawa i Sprawiedliwości i Jarosława Kaczyńskiego, bo poza wymienionymi korzyściami, te tysiące osób prawdopodobnie będzie szukało dla siebie miejsca za naszą zachodnią granicą, więc to Angela Merkel będzie miała kłopot.

Zaoszczędziliśmy opiłek grosza z każdej pensji…

grosz

„- Obniżka nie jest drastyczna. To tylko taki pstryczek, by prezydent zaczął szanować ludzi, radnych. A skoro nie widać różnicy, to po co przepłacać – odpowiadał Sebastian Putra z PiS na pytanie o to, dlaczego radni PiS obniżyli pensję prezydenta Białegostoku o 4 tysiące złotych. Tym samym prezydent Truskolaski stanie się jednym z najsłabiej opłacanych prezydentów i burmistrzów w Polsce.

Dzięki decyzji radnych, miasto zaoszczędzi około 48 tysięcy złotych, co jako takie może się wydawać wartością sporą – można za tę kwotę zatrudnić na skromnym stanowisku jedną osobę – ale w skali wydatków miasta wynoszących prawie 1,5 miliarda złotych, jest to kwota, delikatnie mówiąc, znikoma. Jest to, dokładnie przeliczając, 0.003 procenta wydatków miasta. Wyobraźcie więc sobie, że ktoś zabiera z każdego tysiąca złotych, które wpłacacie w podatkach, 0,003 grosza. Czyli fragment opiłka najmniejszej, jednogroszowej monety, z jednego tysiąca złotych…

Dlatego radny Putra ma rację, że obniżka nie jest drastyczna. Ani dla prezydenta, który na pewno sobie poradzi bez tych czterech tysięcy co miesiąc, jak i dla mieszkańców bez tego widocznego wyłącznie pod mikroskopem opiłka groszówki z każdego tysiąca złotych, które płacą w podatkach. Działanie radnych PiS ma charakter wyłącznie polityczny i wynika z desperackiej chęci dokuczenia prezydentowi.

Historia jest, bez jakichkolwiek metafor, żywcem wyjęta z „Folwarku zwierzęcego” Orwella. To nic, że ideologicznie kluby Truskolaskiego i PiS więcej łączy, niż dzieli. To nic, że radykalnych „katoli” jest u prezydenta bez liku i co tydzień w niedzielę spotykają się na mszach w kościołach i zebraniach „Opus Dei”, na których to ludzi z Platformy nie uświadczymy. Ważniejsza dla Prawa i Sprawiedliwości jest polityczna wendetta i chęć „dorżnięcia watahy” za wszelką cenę.

Powrót Marcina Szczudły (Komitet Truskolaskiego) na troskliwe, pulsujące ciepłem łono Prawa Sprawiedliwości i równie ciepła, bo wzmacniana mocą prywatnego przedsiębiorstwa energetyki MPEC, posada dla niegdyś wroga tej prywatyzacji Konrada Zielenieckiego (PiS), pokazują, że w polityce na tym najniższym, samorządowym, poziomie, nie liczą się już żadne wartości, poza wartością płacy brutto na umowie o pracę w publicznej instytucji kontrolowanej przez samorząd. Walka o te etaty trwa, nawet jeśli okupiona jest tak żenującymi gestami, jak zrównanie pensji prezydenta 300-tysięcznego miasta z pensją burmistrza Suraża (jeden tysiąc mieszkańców). Szkoda tylko, że jest to wizerunkowy pstryczek nie tylko dla prezydenta Białegostoku, ale i dla wizerunku całego miasta.