Rysiu, bardzo cię polubiłem, chłopie

Ryszard_Petru_Nowoczesna_Sejm_2015

Ta osobliwa kropeczka przed nazwą partii .Nowoczesna pięknie przepowiada koniec tego ugrupowania przed okazją, by cokolwiek można było zacząć. Jeśli nie stoi za tym jakiś wyrafinowany, taktyczny ruch, zwycięstwo kompletnie nijakiej, pozbawionej charyzmy, źle wypadającej w telewizji Katarzyny Lubnauer to początek końca .Nowoczesnej. Grzegorz Schetyna dzisiaj napije się szampana.

Osobiście darzyłem posła Petru sporą dozą życzliwości. Jest to ten rodzaj życzliwości, którą darzę też Radka Sikorskiego. Nieważne, jakie głupoty by wygadywali, jakich błędów nie popełniali, cenię sobie w polityce taką chłopięcą dezynwolturę, pewność siebie, przebojowość i ów niewyparzony język, przez który już wielu poległo. Poległ Sikorski, teraz skapitulował Petru. Wolę takich politycznych „chuliganów” od tych wszystkich popychadeł, które jedyne, co potrafią, to nauczyć się na pamięć trzech zdań „przekazu dnia” wysyłanego im codziennie sms-em i powtarzać te same słowa kilka razy dziennie do różnych kamer i mikrofonów.

Ryszard Petru myślał, że włożywszy kilka złotych i trochę czasu w politykę, szybko wskoczy na pozycję lidera opozycji. Miał wiele powodów, by w to wierzyć. Bo niby PiS jest łatwy do punktowania, a Platforma nie robi nic, by przejąć władzę. Niestety, Petru zmierzył się z twardym, betonowym murem Kaczyński-Schetyna, którzy wspólnie, w porozumieniu uniemożliwiali mu wybicie się ponad próg 10% poparcia społecznego. Były już lider .Nowoczesnej przez miesiące był głównym bohaterem rządowych mediów, które wałkowały każdą jego wpadkę, każde przejęzyczenie, każdy lapsus językowy. Wyglądało na to, że jest on większym zagrożeniem dla PiS, niż Schetyna. W istocie, Schetyna i jego aktualna pozycja tzw. „lidera opozycji” jest gwarancją tego, że PiS-owi w sondażach i najprawdopodobniej w przyszłych wyborach nie stanie się krzywda.

Nie porażka Petru, ani to, czy jest sympatyczny, czy nie, są tu najważniejsze. Dużo bardziej przeraża fakt, że  tak, jak nie wiadomo było, jaką partią jest .Nowoczesna, tak dzisiaj ta wiedza jest jeszcze mniejsza. Doprawdy, staram się to wszystko obserwować, ale nie mam zielonego pojęcia, jakich zmian w polityce tej partii można się spodziewać. Wiadomo, że spontanicznego i idącego na żywioł rudego chłopca w drogim garniturze zastąpiła oschła, androgyniczna polityk, która każde wypowiadane słowo cedzi z głębokim namysłem. Kiedy jednak – a możemy sobie wyobrazić taką sytuację – .Nowoczesna będzie języczkiem u wagi decydującym o tym, kto będzie rządził Polską i trzeba będzie usiąść do twardych negocjacji, obawiam się, że nowa szefowa partii polegnie w starciu ze starymi wyjadaczami.

Polegnie, gdyż w sprawie kluczowej dla liberalnej sprawy, .Nowoczesna – tak jak wszyscy inni – poległa. W czasach, kiedy Petru był aktywnym komentatorem, jawił się jako bardzo konsekwentny liberał i wróg państwa socjalnego. W sprawie 500+ poległ, nie tylko zapowiadając kontynuację programu po przejęciu władzy, ale wręcz rozszerzenie go na pierwsze dziecko. Obawiam się, że nowe władze .Nowoczesnej pójdą teraz jeszcze dalej w tym socjalnym szaleństwie, a partia zacznie dryfować w lewo, tworząc trójkąt bermudzki z SLD i Razem. A tam wszyscy toną, bo lewicowy, masowy, małomiasteczkowy elektorat gromadzi i dopieszcza skutecznie rząd PiS.

Rysiu, bardzo cię polubiłem, chłopie. Szkoda, że w polskiej polityce nie ma miejsca dla takich szczerych, naiwnych cwaniaczków, którym się wydaje, że wszystko mogą sami. Musisz trochę podrosnąć, aby stać się jednym z tych, których ludzie kochają – fałszywym, wyrachowanym cwaniaczkiem, który wie, że aby zdobyć tę piaskownicę, trzeba mieć kilku podobnych do siebie koleżków.

Reklamy

Azjatycka opozycja, azjatycki rząd

Demonstracja_Komitetu_Obrony_Demokracji_07

Mamy w Polsce rząd, który realizuje swój program. Mamy w Polsce rząd, który jest zły.

Te dwa zdania tylko pozornie stoją ze sobą w sprzeczności. To prawda, do tej pory mieliśmy w kraju patologiczną sytuację, w której kolejne kampanie wyborcze sprowadzały się do zasady „naobiecujmy, a potem jakoś to będzie”. Skuteczna socjotechnika, przychylne media, umiejętne maskowanie mniejszych lub większych wałków powodowały, że ludziom, którym nie chciało się nic zmieniać nie działa się krzywda.

Dzisiaj mamy rząd, który robi to, co obiecał. Mimo to, jest to rząd zły i niebezpieczny dla Polski. Jest tak dlatego, że w przyjętym w Europie (nie Unii Europejskiej, ale liczącej setki lat cywilizacji europejskiej), liczy się kilka takich zasad, które wynikają z utrwalanej dobrym obyczajem kultury politycznej.

Styl sprawowania władzy przez Prawo i Sprawiedliwość nie ma nic wspólnego z kulturą zachodnioeuropejską. Jest to władza, która niesie ze sobą powiew wiatru mongolskiego stepu, powiew bolszewickiego, rewolucyjnego potu czerwonoarmisty.

Polacy, niestety, uwielbiają rewolucję, zamęt, wszechobecną napierdalankę wszystkich ze wszystkimi. Jesteśmy narodem ukształtowanym najpierw przez sarmacką, wiecową demokrację, w której rację ma najgłośniejszy, a potem – po krótkim epizodzie z niepodległością, w którym również napieprzaliśmy się wzajemnie – narodem z wdrukowanym w tyle głowy sowietyzmem. Sowietyzmem, który tylko stłumił milicyjną pałką naszą potrzebę uczestnictwa w wiecu.

Dzisiaj znowu mamy demokrację wiecową. Polacy kochają uczestnictwo w Marszu rozumianym tak, jak u Kundery – jako wspólnota, plemię, wiec, zmierzający wspólnie w jednym kierunku. A tym kierunkiem jest drugie plemię. Mamy więc dwa plemiona idące ku siebie.

Polski rząd pieczołowicie podsyca i pielęgnuje te wiecowe i plemienne nastroje, choć jego rolą powinno być ich tłumienie. Co gorsze, druga strona, te wszystkie KOD-y, Platformy Obywatelskie, Nowoczesne, grają dokładnie w tę samą grę. Podsycają dzikie, atawistyczne emocje, odwołują się do strachu i nieadekwatnych analogii historycznych i szykują się do wojny totalnej.

Polska oddala się od Europy Zachodniej nie tylko przez rząd. W równym stopniu jest temu winna opozycja. Kiedy widzę i słucham jej liderów, czuję, że mam do czynienia nie z poważnymi europejskimi politykami, ale z jakimiś wiecowymi azerskimi wiecowymi populistami. Z całym szacunkiem dla Azerów i Azerbejdżanu, ale to nie jest droga, którą obraliśmy po 1989 r.

Rząd, jak to rząd. Realizuje swój program. Choć robi to z subtelnością drwala, należy zaakceptować demokratyczny wyrok i pochylić czoła nad rzeczami, z którymi się nie zgadzam. A nie zgadzam prawie ze wszystkim. Większy żal mam do opozycji, która zamiast pokazać ludziom, na czym polega polityka w style europejskim, organizuje wiece za wiecem, straszy ludzi dyktaturą, podsyca niezdrowe emocje. A potem dziwi się i ogłasza żałobę, kiedy chorzy psychicznie ludzie podpalają się na ulicach. I cynicznie to wykorzystuje.

Powitajmy Nowy Rok 1984!

speed

Jeśli Komisji Europejskiej powiedzie się kolejny etap ograniczana wolności Europejczykom, to od 2020 roku każde auto, które opuści linię produkcyjną, będzie zmuszone posiadać system odczytujący znaki ograniczenia prędkości i automatycznie zapobiegający jej przekraczania.

Jeśli choć przez chwilę po przeczytaniu tego newsa pomyślałeś/aś sobie „o, to dobrze!”, to znaczy, że albo już Cię dopadł, albo od zawsze w Tobie siedzi demon homo sovieticus. Jednostki całkowicie poddanej władzy, niezależnie, czy z demokratycznego, czy autorytarnego nadania. Jednostki nie tylko ślepo wykonującej bądź to rozkazy, bądź wyrafinowane manipulacje socjotechniczne, ale jednostki wręcz wdzięcznej władzy, że objęła ją, jej wolność, jej podmiotowość, jej całe życie, swoją troskliwą opieką.

Władza ze swojej natury i ze swojej definicji ma za zadanie ograniczanie wolności. Ograniczanie wolności jest zrozumiałe tylko wtedy, gdy jednostka (nie grupa ludzi!) swoimi czynami (nie słowami!) naraziła (nie zaś – mogła narazić!) innych na szkodę fizyczną lub materialną. Słowem – jeśli ktoś dopuścił się napaści lub kradzieży wobec innej osoby, powinien mieć na uwadze, że władza pozbawi go części jego wolności. Tylko wtedy.

Nie można karać ludzi za to, co mogli zrobić, ale nie zrobili. Jest to tzw. „karanie prewencyjne” – wydaje się najbardziej powszechny od stu lat w Europie sposób wywierania przez władzę presji na obywateli. Zabrania się posiadania i spożywania narkotyków, bo przecież „mogą zrobić krzywdę”, poza oczywiście wybranymi narkotykami (cukier, nikotyna, alkohol), z których władza czerpie zyski. Zabrania się jazdy bez pasów i sprawdza się zawartość alkoholu we krwi, podczas gdy przecież to nie jazda bez pasów i nie jazda „pod wpływem” powinna być karana, ale ich skutki. Kierowca, który spowodował śmiertelny wypadek będąc pod wpływem alkoholu powinien być najsurowiej karany za zabójstwo, a nie za to, że przed jego dokonaniem wypił. To była jego decyzja i powinien za nią cierpieć do końca życia. I nikt nie powinien mu tego cierpienia zabronić, jeśli sam je wybrał.

Władza odbiera obywatelom możliwość ponoszenia konsekwencji ich świadomych decyzji. Dzieje się to rzekomo w imię „bezpieczeństwa”, „spokoju”, „stabilności”. Być może wprowadzenie systemów uniemożliwiających przekraczanie prędkości zapewni większy „spokój”, „bezpieczeństwo” i „stabilność”, ale ceną tego będzie kolejny krok ku społeczeństwu bezwolnych, niesamodzielnych, pozbawionych własnej woli jednostek, przekonanych, że stabilne i bezpieczne życie nie zależy od nich.

Rozwój i życie jako takie może istnieć tylko wtedy, gdy każdy człowiek ma co prawda wyznaczone granice swojego postępowania, ma również wiedzę o konsekwencjach przekraczania tych granic, ale przede wszystkim ma możliwość ich przekroczenia! Tylko ci, którzy mają odwagę i nieczęsto brawurę, by wykraczać poza nie, albo narażają się na porażkę i upadek na dno (znakomita większość), albo dokonują zmiany (genialne jednostki). Świat, w którym żyjemy, dążąc do „stabilności” i „bezpieczeństwa”, przypomina zastygającą stopniowo żelatynową galaretkę. Staje się nudnie jednolity, zasklepiony, pozbawiony wahań, zmian, rewolucji, pozbawiony chęci rozwoju.

Rok 1984 zbliża się nieubłaganie. Powitajmy go, zapalając świeczkę na grobie Europy.

Czarne chmury nad piwkiem pod chmurką

wyborcza.pl
wyborcza.pl

To przerażające, gdy zachowania i zwyczaje oczywiste, głęboko zakorzenione w naszej kulturze i codzienności stają się przedmiotem politycznych debat z gatunku „zakazywać, czy nie zakazywać”. Żyjemy w państwie, gdzie władza ogranicza wolność nie tylko na poziomie konstytucji, sądów i ustroju. Osobiście bardziej od „kolosalnych ciosów w demokrację”, o których się przez cały czas w ostatnich dniach mówi, wadzą mi te wszystkie drobne szpileczki, którymi rządzący nakłuwają przestrzeń mojej osobistej wolności.

Prawo na każdym kroku karze nas prewencyjnie. Nie za to, jaką krzywdę komuś zrobiliśmy, ale jaką krzywdę moglibyśmy zrobić. Kary przewiduje się dla osób, które przeszły przez przejście na czerwonym świetle, mimo, iż z żadnej strony nikt nie nadjeżdżał. Wczoraj w Białymstoku złapano i przekazano prokuratorowi człowieka, który będąc po spożyciu alkoholu siedział we własnym, zaparkowanym prawidłowo, samochodzie. Kara grozi również osobie, która zostawi choćby na 30 sekund psa w aucie, po to, aby na przykład wziąć kwit z parkomatu, bez szkody ani dla psa, ani dla bezpieczeństwa publicznego.

Jednym z największych absurdów takiego prewencyjnego karania, jest zakaz spożywania alkoholu w miejscach publicznych, co w praktyce oznacza wszystkie przestrzenie poza ścianami własnego mieszkania lub ogrodu. Państwo, czerpiąc jednocześnie ogromne zyski z tego, że ludzie dobrowolnie chcą się bawić i jednocześnie truć etanolem, z taką samą konsekwencją karze obywateli za to, że zasilają budżet.

Nie o ten absurd jednak tu chodzi. Oburzający jest fakt, że każdy, kto ma ochotę w gorący dzień usiąść na trawie z przyjaciółmi (to akurat od kilku lat jest już legalne) i wypić piwo, może się liczyć z uszczupleniem portfela o okrągłą stówkę.

Dlaczego władzy przeszkadza to, że ludzie piją napoje na ulicach i skwerach? Dlaczego w ogóle funkcjonariusz państwa ma prawo interesować się tym, co robię w wolnym czasie? Policja jest od pilnowania porządku, zaś między spożywaniem alkoholu a nieobyczajnym zachowaniem nie ma bezpośredniego związku. Owszem, ucieszę się, jeśli policjant pouczy lub nawet ukarze hałaśliwą, agresywną osobę, ale to, czy jest ona pod wpływem alkoholu, czy nie, nie powinno mieć żadnego znaczenia.

Polska jest przez cały czas krajem zawieszonym między Wschodem i Zachodem. Elity rządzące przez ostatnie 25 lat konsekwentnie kształtują tu model obywatela, który jest hybrydą łączącą poddanego władzy, zdegradowanego do trybiku w maszynie państwowej, homo-sovietikusa i jego zachodnioeuropejską kopię – homo-europejskusa. W krajach byłego bloku sowieckiego, ale też w Polsce, osoba, która wypiła piwo, jest w zasadzie wyłączona z prawa: pół promila we krwi sprawia, że przestajesz być wiarygodny jako świadek, jesteś zawsze winny w sytuacji konfliktu z osobą trzeźwą, jak również może ci zostać odebrana wolność nawet, jeśli nie popełniłeś żadnego przestępstwa ani wykroczenia. A wszystko w związku z tym, że spożywałeś legalną substancję zakupioną w legalnym sklepie.

Zachodnia Europa w zasadzie przejęła tę uporczywą chęć kontrolowania i karania obywateli prewencyjnie. Robi to może z większą gracją niż robi się to na Wschodzie, ale różnorakie przepisy oplatają wolność osobistą z każdej strony.

Bierze się to z doprowadzającej mnie do wściekłości potrzeby polityków do posiadania kontroli nad życiem i decyzjami obywateli. Nie jest istotne, czy zrobiłem sobie lub komuś krzywdę. Istotne jest to, że mogłem sobie lub komuś zrobić krzywdę!

A piszę to dlatego, że zgłoszona właśnie przez partię Kukiz’15 propozycja zliberalizowania prawa dotyczącego picia alkoholu w miejscach publicznych nie ma szans poparcia przez PiS. Co więcej, minister Ziobro ma kolejne pomysły, aby tę ustawę zaostrzyć.

Oczywiście powiedzą, że „w imię wolności”.

Trump i trumpkarz

Źródło: Super Express

Podczas wizyty Donalda Trumpa w Warszawie adrenalina wzrastała tylko wtedy, gdy prezydent USA nie przemawiał z kartki. Poza tym był to głównie kilkugodzinny zestaw spektakularnych, lecz nic nie znaczących, pustych gestów.

Zacznijmy jednak od konkretów, które mogły zaskoczyć.

Konkrety, które mogły zaskoczyć, były dwa i są to niestety dwa zaskoczenia negatywne. Po pierwsze, Donald Trump z rozbrajającą szczerością oświadczył, że z prezydentem Dudą nie rozmawiał o żadnych gwarancjach militarnych. Stany Zjednoczone nie dają nam więc nie tylko nadziei na realne zwiększenie naszego potencjału militarnego, ale nie kwapią się też do choćby werbalnej deklaracji dozbrajania Europy Środkowej. Brak deklaracji o gwarancjach militarnych to pierwsza dzisiejsza porażka Polski.

Drugą porażką jest kolejna rozbrajająca deklaracja Trumpa. Polacy bardzo liczyli na to, że USA obejmą nasz region „parasolem energetycznym”, czyli chociażby potencjalną możliwością sprzedawania nam taniego gazu. Trump zachował się jak rasowy biznesmen, oświadczając: „oczywiście, możemy Wam sprzedawać gaz, ale musimy na tym coś zarabiać”. Znaczy to, że realnej możliwości dywersyfikacji źródeł taniego gazu dla Polski nie ma – paliwo dostarczane rurami ze Wschodu zawsze będzie mogło być tańsze od amerykańskiego.

Prezydent Polski wyglądał przy prezydencie USA jak jedno z tych dzieci, które prowadzą za rękę piłkarze wybiegający na jakiś mecz Ligi Mistrzów o średnią stawkę. Onieśmielony, pozbawiony entuzjazmu, mało pewny siebie trampkarz, wyraźnie zawiedziony rezultatami godzinnej rozmowy z pewnym siebie i wyluzowanym Trumpem.

Spotkanie z mieszkańcami Warszawy okazało się finalnie spotkaniem z członkami Klubów Gazety Polskiej, którzy najtłumniej zjechali na Plac Krasińskich ze wszystkich zakątków Polski. Najgłośniej dali o sobie znać wtedy, gdy Trump przywitał Lecha Wałęsę. Po raz kolejny okazało się, że dotarliśmy do takiej eskalacji narodowego sporu i podzielenia, że nawet przed przywódcą największego mocarstwa na świecie nie potrafimy zachować się jak jeden naród. Buczenia i gwizdy wyraźnie zbiły Trumpa z pantałyku.

Samo przemówienie nie przyniosło wiele nowego. Była to 30-minutowa, uproszczona lekcja historii Polski opowiedziana z punktu widzenia mentalności „american dream”. Było dużo o bohaterstwie, nieustępliwości, wytrwałości w dążeniu do zwycięstwa. Niewiele było martyrologii i rozpamiętywania klęsk. Powstanie Warszawskie, wokół którego Trump owijał swoją narrację, okazało się, w interpretacji prezydenta USA (sic!), jakąś wielką polską wiktorią.

Mówił więc Trump praktycznie same frazesy, osłonięty od publiczności przeciwpancerną szybą. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że Amerykanie potraktowali tę wizytę jednak jako podróż do egzotycznego kraju dawnego bloku sowieckiego, gdzie wszystko się może wydarzyć i trzeba jak najszybciej odbębnić kilkugodzinny program, po czym uciekać załatwiać ważne sprawy z Niemcami i Rosją.

Luzu całej wizycie dodały pierwsze damy. Melania Trump, zapowiadając – wbrew protokolarnym tradycjom – wystąpienie męża. Agata Duda – przepięknie ignorując podanie ręki przez Trumpa, bo podać ją najpierw jego żonie.

Mam wrażenie, że gdyby panowie Trump i Duda przekazali obowiązki prezydenckie swoim żonom, interes i wizerunek ich krajów nie uległby nadszarpnięciu. W przypadku Polski jestem tego pewien.

Najciekawsza w tej wizycie była chyba społeczna percepcja całego wydarzenia. Okazało się, że bardzo, ale to bardzo pragniemy być ważni, istotni, słuchani i szanowani. I każdy, nawet pozorny, przejaw takiej atencji i szacunku wprowadza nas w ogólnonarodowy orgazm. Dzisiaj dostaliśmy trochę takich pozorów, co było nam bardzo potrzebne.

Dziękuję Wam za to, Panowie Prezydenci Trump i Dudo.

Czy POLExit jest możliwy? Czy POLExitit jest konieczny? [na marginesie poprzedniego tekstu]

19702362_1463167843790855_7110028703759086238_n

… jak wynika z obrazka – tak. Powszechna interpretacja tych danych odwołuje się wyłącznie do kreowanego przez wszystkie media zagrożenia terroryzmem. Polacy uwierzyli, że terroryści są już u naszych granic i że ładunki wybuchowe dla Poznania, Warszawy, Gdańska i Krakowa są już gotowe.

Barwna (z przewagą czerwonego) wizja krwawej jatki na ulicach polskich miast przemawia do wyobraźni dużo bardziej obrazowo, niż to, co w związku z obecnością w UE zmieniło się w polskiej rzeczywistości w ciągu ostatnich 13 lat.

Prawo i Sprawiedliwość w dosyć udany sposób próbuje wykreować Polskę na samodzielnego, niezależnego europejskiego gracza, który z grzecznością przyjmuje pieniądze z UE jako coś, co nie tylko nam się należy jak psu buda, ale jako „moralny obowiązek” Niemiec, Francji i jeszcze do niedawna Wielkiej Brytanii – tych, którzy nas kiedyś skrzywdzili, zdradzili i okradli. Nie przeprosili i dają mniej, niż my straciliśmy i przecierpieliśmy, ale jak dają, to bierzemy.

Fundusze dla Polski z UE nie są według PiS wspólnie wypracowanymi i redystrybuowanymi środkami, ale czymś, co się po prostu należy i co się „bierze”. Czymś, bez czegoś i tak byśmy sobie sami poradzili.

Sondaż pokazuje, że wyjście z UE nie byłoby – zdaniem Polaków – jakąś straszną tragedią dla polskiej gospodarki . „Poradzimy sobie sami, bez tej zdegenerowanej Unii” – mówią Polacy, a wtórują im państwowe media i politycy PiS. Nie wiem, czy polska gospodarka będzie rozwijać się bez Unii tak świetnie, jak rozwija się teraz, o czym można się codziennie dowiedzieć z Wiadomości. Wiem, że decyzja o wejściu do UE była posunięciem strategicznym wykraczającym poza perspektywę kilku lat, a nawet kilku pokoleń. Decyzją złożoną, ale – jak do tej pory – decyzją, która więcej nam dała, niż zabrała.

Jakże krótkowzroczne jest  myślenie polityków PiS i jakże przerażające jest żerowanie przez tychże polityków i przez dziennikarzy na bieżących i łatwych do rozwiązania problemach opartych na prostych instynktach. Myślenie w perspektywie zwycięstwa w najbliższych wyborach.

Problem uchodźców można rozwiązać jednym rozwiązaniem, korzystnym nie tylko dla bezpieczeństwa kraju, ale i dla gospodarki i jej rozwoju: ograniczeniem świadczeń socjalnych. To dla socjalu ci ludzie wciskają się do Unii Europejskiej, a wśród nich wciskają się terroryści. A socjal można ograniczyć w ramach UE, bez konieczności POLExitu.

Nie chcemy uchodźców? Zróbmy POLexit.

300_300_productGfx_1f1d2496488c3d2b98a7021187f51dbcNa konwencji Zjednoczonej Prawicy w Przysusze Jarosław Kaczyński osiągnął szczyty politycznej manipulacji, uzasadniając swój sprzeciw wobec przyjęciu do Polski uchodźców… tym, że Polska nie uczestniczyła w ekspansji kolonialnej, w przeciwieństwie do większości krajów Zachodniej Europy.

„Nic im nie zabraliśmy, nie skrzywdziliśmy, dlatego niczego im nie jesteśmy winni” – wynika z tego, co powiedział Kaczyński o mieszkańcach Bliskiego Wschodu, którzy zresztą od Polski niczego innego nie oczekują poza tym, by wpuściła ich do siebie i jak najszybciej wypuściła w podróży na Zachód. Jest to dla mnie wypowiedź na poziomie politycznej retoryki zbliżonym do radosnej twórczości Andrzeja Leppera. Głupiej już nie można, ale „ciemny lud to kupi”.

Idąc tropem rozumowania Kaczyńskiego, w najgorszej sytuacji są obywatele Etiopii, bo to jedyny kraj, który nie był skolonizowany, więc Etiopczycy nie za bardzo mają podstawy, aby wybierać się do Europy…

Najlepszą propagandą jest straszenie

Mocna deklaracja „nie dla uchodźców” Prawa i Sprawiedliwości jest o tyle propagandowo łatwa do utrzymania, że popiera ją około 2/3 Polaków, których strach przed zamachami i ofensywą kulturową jest cynicznie wzmacniany nie tylko przez prorządowe media. I tylko strach ją napędza. Boimy się tych ludzi. Niestety, również dlatego, że czujemy się ze swoją tożsamością narodową niepewnie, mimo bombastycznych haseł o „odzyskiwaniu Narodu”.

Można by oczekiwać, że powody niechęci PiS i rządu wobec uchodźców i związane z tym tarcia z Emanuelem Macronem i innymi zachodnioeuropejskimi politykami mogą mieć uzasadnienie nieco bardziej usubtelnione i rozsądne, niż powody, które ma w głowie przeciętny Polak czerpiący inspiracje wyłącznie z telewizji i na tej podstawie popierający polskie „nie”. Obawiam się jednak, że tok myślenia posła Kaczyńskiego i przeciętnego Kowalskiego są bardzo podobne.

Zaraz po wejściu do UE w języku polskim funkcjonował powszechnie zwrot „Unia da”. Unia da na to, unia da na tamto. Od Unii się „brało”. Z jakim zaskoczeniem spotkało się zderzenie z tym, że Unia co prawda daje, ale my też musimy coś dać od siebie… Takim samymi, prostymi kalkami myślowymi kieruje się polski rząd w sprawie uchodźców.

Nie zapominajmy też, że ten sam rząd, który straszy Polaków zamkniętymi gettami przybyszów ze Wschodu, żyjącymi na koszt państwa, swoją polityką socjalną i społeczną zachęca, aby taka sytuacja powtórzyła się w Polsce. Bo przecież uchodźcy chętnie sięgną po te pięćset złotych miesięcznie na dziecko, jeśli tylko będzie taka możliwość. Nie ukrywajmy – większość uchodźców to uchodźcy ekonomiczni – mówi to również PiS. Dlaczego więc rząd zachęca, by Polska dołączyła do krajów, w których można żyć dostatnio na koszt innych obywateli? Ten sam rząd, który jednocześnie chce zamknąć dla nich granice… Nie ma w tym za grosz logiki.

Współpraca to dzielenie się korzyściami i kosztami

Współpraca polega na dzieleniu się korzyściami i kosztami wspólnych działań. Zakładamy ze wspólnikiem spółkę, by razem zarabiać i się rozwijać (korzyści), ale również, by dzielić ryzyko, trud, czas (koszty). Tak samo jest z Unią Europejską, która – poza wymiernymi korzyściami – jakie otrzymaliśmy i otrzymujemy, jest również wspólnotą obowiązków i kosztów, które trzeba solidarnie ponosić.

Solidarność nie jest tutaj – jak ją zwykle w Polsce rozumiemy – jakimś wzniosłym odruchem serca, ale zwykłym obowiązkiem, gorzką tabletką, którą po prostu musimy połknąć.

Dostrzegam zagrożenia, które wiążą się z przyjęciem do Polski uchodźców. Ludzi traktujących nakazy religijne jako podstawę urządzania życia prywatnego, społecznego czy gospodarczego traktuję na starcie z dystansem, bo jest to dla mnie postępowanie niezrozumiałe, szczególnie, jeśli te nakazy pochodzą z VII wieku naszej ery.  Rozumiem, że może dojść do zamachów, napaści i tych wszystkich rzeczy, których się boimy, ale jest to ten koszt, który musimy ponieść, jeśli chcemy partycypować w korzyściach. Gorzkie to i smutne, ale prawdziwe.

I realistyczne, bo jeśli tego dzisiaj nie zrobimy, to za 20 lat, kiedy to Polskę spotka problem, na przykład, masowej migracji milionów ludzi ze Wschodu pogrążonego w chaosie, niewyobrażalnej katastrofie, klęsce ekologicznej, wówczas to my możemy zobaczyć cofniętą dłoń, którą poprosiliśmy o wsparcie.

Nie chcemy uchodźców? Opuśćmy Unię.

Dziwię się, że mimo tak wielu narzekań na zepsuty obyczajowo, zislamizowany Zachód pełen pożóg po wybuchach bomb, żaden z polityków PiS i innych partii widzących w UE czyste zło, nie zaproponował najprostszego sposobu na uwolnienie się nie tylko od zagrożenia zalewem uchodźców, ale również od gejowskich małżeństw i adoptowania przez nie dzieci, od żywności modyfikowanej genetycznie i innych upiorów, którymi się straszy ludzi w Wiadomościach.

Tym rozwiązaniem jest opuszczenie Unii Europejskiej. Jeśli nie interesuje nas nic poza pieniędzmi na drogi i nie poczuwamy się do współdzielenia obowiązków, to po prostu dajmy sobie spokój z tą zgniłą organizacją. Zrezygnujmy z korzyści, uwolnimy się od kosztów i obowiązków.

Oczywiście, żaden z „poważnych” polityków nie odważy się postawienia sprawy w ten sposób. Wolimy wysysać z europejskiego skarbca ile się da pożywnego miodku, a na pytanie, co możemy dać od siebie w zamian, odpowiadać rubasznym, sarmackim beknięciem. Takim tradycyjnym, polskim, naszym od stuleci.