Czarne chmury nad piwkiem pod chmurką

wyborcza.pl
wyborcza.pl

To przerażające, gdy zachowania i zwyczaje oczywiste, głęboko zakorzenione w naszej kulturze i codzienności stają się przedmiotem politycznych debat z gatunku „zakazywać, czy nie zakazywać”. Żyjemy w państwie, gdzie władza ogranicza wolność nie tylko na poziomie konstytucji, sądów i ustroju. Osobiście bardziej od „kolosalnych ciosów w demokrację”, o których się przez cały czas w ostatnich dniach mówi, wadzą mi te wszystkie drobne szpileczki, którymi rządzący nakłuwają przestrzeń mojej osobistej wolności.

Prawo na każdym kroku karze nas prewencyjnie. Nie za to, jaką krzywdę komuś zrobiliśmy, ale jaką krzywdę moglibyśmy zrobić. Kary przewiduje się dla osób, które przeszły przez przejście na czerwonym świetle, mimo, iż z żadnej strony nikt nie nadjeżdżał. Wczoraj w Białymstoku złapano i przekazano prokuratorowi człowieka, który będąc po spożyciu alkoholu siedział we własnym, zaparkowanym prawidłowo, samochodzie. Kara grozi również osobie, która zostawi choćby na 30 sekund psa w aucie, po to, aby na przykład wziąć kwit z parkomatu, bez szkody ani dla psa, ani dla bezpieczeństwa publicznego.

Jednym z największych absurdów takiego prewencyjnego karania, jest zakaz spożywania alkoholu w miejscach publicznych, co w praktyce oznacza wszystkie przestrzenie poza ścianami własnego mieszkania lub ogrodu. Państwo, czerpiąc jednocześnie ogromne zyski z tego, że ludzie dobrowolnie chcą się bawić i jednocześnie truć etanolem, z taką samą konsekwencją karze obywateli za to, że zasilają budżet.

Nie o ten absurd jednak tu chodzi. Oburzający jest fakt, że każdy, kto ma ochotę w gorący dzień usiąść na trawie z przyjaciółmi (to akurat od kilku lat jest już legalne) i wypić piwo, może się liczyć z uszczupleniem portfela o okrągłą stówkę.

Dlaczego władzy przeszkadza to, że ludzie piją napoje na ulicach i skwerach? Dlaczego w ogóle funkcjonariusz państwa ma prawo interesować się tym, co robię w wolnym czasie? Policja jest od pilnowania porządku, zaś między spożywaniem alkoholu a nieobyczajnym zachowaniem nie ma bezpośredniego związku. Owszem, ucieszę się, jeśli policjant pouczy lub nawet ukarze hałaśliwą, agresywną osobę, ale to, czy jest ona pod wpływem alkoholu, czy nie, nie powinno mieć żadnego znaczenia.

Polska jest przez cały czas krajem zawieszonym między Wschodem i Zachodem. Elity rządzące przez ostatnie 25 lat konsekwentnie kształtują tu model obywatela, który jest hybrydą łączącą poddanego władzy, zdegradowanego do trybiku w maszynie państwowej, homo-sovietikusa i jego zachodnioeuropejską kopię – homo-europejskusa. W krajach byłego bloku sowieckiego, ale też w Polsce, osoba, która wypiła piwo, jest w zasadzie wyłączona z prawa: pół promila we krwi sprawia, że przestajesz być wiarygodny jako świadek, jesteś zawsze winny w sytuacji konfliktu z osobą trzeźwą, jak również może ci zostać odebrana wolność nawet, jeśli nie popełniłeś żadnego przestępstwa ani wykroczenia. A wszystko w związku z tym, że spożywałeś legalną substancję zakupioną w legalnym sklepie.

Zachodnia Europa w zasadzie przejęła tę uporczywą chęć kontrolowania i karania obywateli prewencyjnie. Robi to może z większą gracją niż robi się to na Wschodzie, ale różnorakie przepisy oplatają wolność osobistą z każdej strony.

Bierze się to z doprowadzającej mnie do wściekłości potrzeby polityków do posiadania kontroli nad życiem i decyzjami obywateli. Nie jest istotne, czy zrobiłem sobie lub komuś krzywdę. Istotne jest to, że mogłem sobie lub komuś zrobić krzywdę!

A piszę to dlatego, że zgłoszona właśnie przez partię Kukiz’15 propozycja zliberalizowania prawa dotyczącego picia alkoholu w miejscach publicznych nie ma szans poparcia przez PiS. Co więcej, minister Ziobro ma kolejne pomysły, aby tę ustawę zaostrzyć.

Oczywiście powiedzą, że „w imię wolności”.

Reklamy

Trump i trumpkarz

Źródło: Super Express

Podczas wizyty Donalda Trumpa w Warszawie adrenalina wzrastała tylko wtedy, gdy prezydent USA nie przemawiał z kartki. Poza tym był to głównie kilkugodzinny zestaw spektakularnych, lecz nic nie znaczących, pustych gestów.

Zacznijmy jednak od konkretów, które mogły zaskoczyć.

Konkrety, które mogły zaskoczyć, były dwa i są to niestety dwa zaskoczenia negatywne. Po pierwsze, Donald Trump z rozbrajającą szczerością oświadczył, że z prezydentem Dudą nie rozmawiał o żadnych gwarancjach militarnych. Stany Zjednoczone nie dają nam więc nie tylko nadziei na realne zwiększenie naszego potencjału militarnego, ale nie kwapią się też do choćby werbalnej deklaracji dozbrajania Europy Środkowej. Brak deklaracji o gwarancjach militarnych to pierwsza dzisiejsza porażka Polski.

Drugą porażką jest kolejna rozbrajająca deklaracja Trumpa. Polacy bardzo liczyli na to, że USA obejmą nasz region „parasolem energetycznym”, czyli chociażby potencjalną możliwością sprzedawania nam taniego gazu. Trump zachował się jak rasowy biznesmen, oświadczając: „oczywiście, możemy Wam sprzedawać gaz, ale musimy na tym coś zarabiać”. Znaczy to, że realnej możliwości dywersyfikacji źródeł taniego gazu dla Polski nie ma – paliwo dostarczane rurami ze Wschodu zawsze będzie mogło być tańsze od amerykańskiego.

Prezydent Polski wyglądał przy prezydencie USA jak jedno z tych dzieci, które prowadzą za rękę piłkarze wybiegający na jakiś mecz Ligi Mistrzów o średnią stawkę. Onieśmielony, pozbawiony entuzjazmu, mało pewny siebie trampkarz, wyraźnie zawiedziony rezultatami godzinnej rozmowy z pewnym siebie i wyluzowanym Trumpem.

Spotkanie z mieszkańcami Warszawy okazało się finalnie spotkaniem z członkami Klubów Gazety Polskiej, którzy najtłumniej zjechali na Plac Krasińskich ze wszystkich zakątków Polski. Najgłośniej dali o sobie znać wtedy, gdy Trump przywitał Lecha Wałęsę. Po raz kolejny okazało się, że dotarliśmy do takiej eskalacji narodowego sporu i podzielenia, że nawet przed przywódcą największego mocarstwa na świecie nie potrafimy zachować się jak jeden naród. Buczenia i gwizdy wyraźnie zbiły Trumpa z pantałyku.

Samo przemówienie nie przyniosło wiele nowego. Była to 30-minutowa, uproszczona lekcja historii Polski opowiedziana z punktu widzenia mentalności „american dream”. Było dużo o bohaterstwie, nieustępliwości, wytrwałości w dążeniu do zwycięstwa. Niewiele było martyrologii i rozpamiętywania klęsk. Powstanie Warszawskie, wokół którego Trump owijał swoją narrację, okazało się, w interpretacji prezydenta USA (sic!), jakąś wielką polską wiktorią.

Mówił więc Trump praktycznie same frazesy, osłonięty od publiczności przeciwpancerną szybą. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że Amerykanie potraktowali tę wizytę jednak jako podróż do egzotycznego kraju dawnego bloku sowieckiego, gdzie wszystko się może wydarzyć i trzeba jak najszybciej odbębnić kilkugodzinny program, po czym uciekać załatwiać ważne sprawy z Niemcami i Rosją.

Luzu całej wizycie dodały pierwsze damy. Melania Trump, zapowiadając – wbrew protokolarnym tradycjom – wystąpienie męża. Agata Duda – przepięknie ignorując podanie ręki przez Trumpa, bo podać ją najpierw jego żonie.

Mam wrażenie, że gdyby panowie Trump i Duda przekazali obowiązki prezydenckie swoim żonom, interes i wizerunek ich krajów nie uległby nadszarpnięciu. W przypadku Polski jestem tego pewien.

Najciekawsza w tej wizycie była chyba społeczna percepcja całego wydarzenia. Okazało się, że bardzo, ale to bardzo pragniemy być ważni, istotni, słuchani i szanowani. I każdy, nawet pozorny, przejaw takiej atencji i szacunku wprowadza nas w ogólnonarodowy orgazm. Dzisiaj dostaliśmy trochę takich pozorów, co było nam bardzo potrzebne.

Dziękuję Wam za to, Panowie Prezydenci Trump i Dudo.

Czy POLExit jest możliwy? Czy POLExitit jest konieczny? [na marginesie poprzedniego tekstu]

19702362_1463167843790855_7110028703759086238_n

… jak wynika z obrazka – tak. Powszechna interpretacja tych danych odwołuje się wyłącznie do kreowanego przez wszystkie media zagrożenia terroryzmem. Polacy uwierzyli, że terroryści są już u naszych granic i że ładunki wybuchowe dla Poznania, Warszawy, Gdańska i Krakowa są już gotowe.

Barwna (z przewagą czerwonego) wizja krwawej jatki na ulicach polskich miast przemawia do wyobraźni dużo bardziej obrazowo, niż to, co w związku z obecnością w UE zmieniło się w polskiej rzeczywistości w ciągu ostatnich 13 lat.

Prawo i Sprawiedliwość w dosyć udany sposób próbuje wykreować Polskę na samodzielnego, niezależnego europejskiego gracza, który z grzecznością przyjmuje pieniądze z UE jako coś, co nie tylko nam się należy jak psu buda, ale jako „moralny obowiązek” Niemiec, Francji i jeszcze do niedawna Wielkiej Brytanii – tych, którzy nas kiedyś skrzywdzili, zdradzili i okradli. Nie przeprosili i dają mniej, niż my straciliśmy i przecierpieliśmy, ale jak dają, to bierzemy.

Fundusze dla Polski z UE nie są według PiS wspólnie wypracowanymi i redystrybuowanymi środkami, ale czymś, co się po prostu należy i co się „bierze”. Czymś, bez czegoś i tak byśmy sobie sami poradzili.

Sondaż pokazuje, że wyjście z UE nie byłoby – zdaniem Polaków – jakąś straszną tragedią dla polskiej gospodarki . „Poradzimy sobie sami, bez tej zdegenerowanej Unii” – mówią Polacy, a wtórują im państwowe media i politycy PiS. Nie wiem, czy polska gospodarka będzie rozwijać się bez Unii tak świetnie, jak rozwija się teraz, o czym można się codziennie dowiedzieć z Wiadomości. Wiem, że decyzja o wejściu do UE była posunięciem strategicznym wykraczającym poza perspektywę kilku lat, a nawet kilku pokoleń. Decyzją złożoną, ale – jak do tej pory – decyzją, która więcej nam dała, niż zabrała.

Jakże krótkowzroczne jest  myślenie polityków PiS i jakże przerażające jest żerowanie przez tychże polityków i przez dziennikarzy na bieżących i łatwych do rozwiązania problemach opartych na prostych instynktach. Myślenie w perspektywie zwycięstwa w najbliższych wyborach.

Problem uchodźców można rozwiązać jednym rozwiązaniem, korzystnym nie tylko dla bezpieczeństwa kraju, ale i dla gospodarki i jej rozwoju: ograniczeniem świadczeń socjalnych. To dla socjalu ci ludzie wciskają się do Unii Europejskiej, a wśród nich wciskają się terroryści. A socjal można ograniczyć w ramach UE, bez konieczności POLExitu.

Nie chcemy uchodźców? Zróbmy POLexit.

300_300_productGfx_1f1d2496488c3d2b98a7021187f51dbcNa konwencji Zjednoczonej Prawicy w Przysusze Jarosław Kaczyński osiągnął szczyty politycznej manipulacji, uzasadniając swój sprzeciw wobec przyjęciu do Polski uchodźców… tym, że Polska nie uczestniczyła w ekspansji kolonialnej, w przeciwieństwie do większości krajów Zachodniej Europy.

„Nic im nie zabraliśmy, nie skrzywdziliśmy, dlatego niczego im nie jesteśmy winni” – wynika z tego, co powiedział Kaczyński o mieszkańcach Bliskiego Wschodu, którzy zresztą od Polski niczego innego nie oczekują poza tym, by wpuściła ich do siebie i jak najszybciej wypuściła w podróży na Zachód. Jest to dla mnie wypowiedź na poziomie politycznej retoryki zbliżonym do radosnej twórczości Andrzeja Leppera. Głupiej już nie można, ale „ciemny lud to kupi”.

Idąc tropem rozumowania Kaczyńskiego, w najgorszej sytuacji są obywatele Etiopii, bo to jedyny kraj, który nie był skolonizowany, więc Etiopczycy nie za bardzo mają podstawy, aby wybierać się do Europy…

Najlepszą propagandą jest straszenie

Mocna deklaracja „nie dla uchodźców” Prawa i Sprawiedliwości jest o tyle propagandowo łatwa do utrzymania, że popiera ją około 2/3 Polaków, których strach przed zamachami i ofensywą kulturową jest cynicznie wzmacniany nie tylko przez prorządowe media. I tylko strach ją napędza. Boimy się tych ludzi. Niestety, również dlatego, że czujemy się ze swoją tożsamością narodową niepewnie, mimo bombastycznych haseł o „odzyskiwaniu Narodu”.

Można by oczekiwać, że powody niechęci PiS i rządu wobec uchodźców i związane z tym tarcia z Emanuelem Macronem i innymi zachodnioeuropejskimi politykami mogą mieć uzasadnienie nieco bardziej usubtelnione i rozsądne, niż powody, które ma w głowie przeciętny Polak czerpiący inspiracje wyłącznie z telewizji i na tej podstawie popierający polskie „nie”. Obawiam się jednak, że tok myślenia posła Kaczyńskiego i przeciętnego Kowalskiego są bardzo podobne.

Zaraz po wejściu do UE w języku polskim funkcjonował powszechnie zwrot „Unia da”. Unia da na to, unia da na tamto. Od Unii się „brało”. Z jakim zaskoczeniem spotkało się zderzenie z tym, że Unia co prawda daje, ale my też musimy coś dać od siebie… Takim samymi, prostymi kalkami myślowymi kieruje się polski rząd w sprawie uchodźców.

Nie zapominajmy też, że ten sam rząd, który straszy Polaków zamkniętymi gettami przybyszów ze Wschodu, żyjącymi na koszt państwa, swoją polityką socjalną i społeczną zachęca, aby taka sytuacja powtórzyła się w Polsce. Bo przecież uchodźcy chętnie sięgną po te pięćset złotych miesięcznie na dziecko, jeśli tylko będzie taka możliwość. Nie ukrywajmy – większość uchodźców to uchodźcy ekonomiczni – mówi to również PiS. Dlaczego więc rząd zachęca, by Polska dołączyła do krajów, w których można żyć dostatnio na koszt innych obywateli? Ten sam rząd, który jednocześnie chce zamknąć dla nich granice… Nie ma w tym za grosz logiki.

Współpraca to dzielenie się korzyściami i kosztami

Współpraca polega na dzieleniu się korzyściami i kosztami wspólnych działań. Zakładamy ze wspólnikiem spółkę, by razem zarabiać i się rozwijać (korzyści), ale również, by dzielić ryzyko, trud, czas (koszty). Tak samo jest z Unią Europejską, która – poza wymiernymi korzyściami – jakie otrzymaliśmy i otrzymujemy, jest również wspólnotą obowiązków i kosztów, które trzeba solidarnie ponosić.

Solidarność nie jest tutaj – jak ją zwykle w Polsce rozumiemy – jakimś wzniosłym odruchem serca, ale zwykłym obowiązkiem, gorzką tabletką, którą po prostu musimy połknąć.

Dostrzegam zagrożenia, które wiążą się z przyjęciem do Polski uchodźców. Ludzi traktujących nakazy religijne jako podstawę urządzania życia prywatnego, społecznego czy gospodarczego traktuję na starcie z dystansem, bo jest to dla mnie postępowanie niezrozumiałe, szczególnie, jeśli te nakazy pochodzą z VII wieku naszej ery.  Rozumiem, że może dojść do zamachów, napaści i tych wszystkich rzeczy, których się boimy, ale jest to ten koszt, który musimy ponieść, jeśli chcemy partycypować w korzyściach. Gorzkie to i smutne, ale prawdziwe.

I realistyczne, bo jeśli tego dzisiaj nie zrobimy, to za 20 lat, kiedy to Polskę spotka problem, na przykład, masowej migracji milionów ludzi ze Wschodu pogrążonego w chaosie, niewyobrażalnej katastrofie, klęsce ekologicznej, wówczas to my możemy zobaczyć cofniętą dłoń, którą poprosiliśmy o wsparcie.

Nie chcemy uchodźców? Opuśćmy Unię.

Dziwię się, że mimo tak wielu narzekań na zepsuty obyczajowo, zislamizowany Zachód pełen pożóg po wybuchach bomb, żaden z polityków PiS i innych partii widzących w UE czyste zło, nie zaproponował najprostszego sposobu na uwolnienie się nie tylko od zagrożenia zalewem uchodźców, ale również od gejowskich małżeństw i adoptowania przez nie dzieci, od żywności modyfikowanej genetycznie i innych upiorów, którymi się straszy ludzi w Wiadomościach.

Tym rozwiązaniem jest opuszczenie Unii Europejskiej. Jeśli nie interesuje nas nic poza pieniędzmi na drogi i nie poczuwamy się do współdzielenia obowiązków, to po prostu dajmy sobie spokój z tą zgniłą organizacją. Zrezygnujmy z korzyści, uwolnimy się od kosztów i obowiązków.

Oczywiście, żaden z „poważnych” polityków nie odważy się postawienia sprawy w ten sposób. Wolimy wysysać z europejskiego skarbca ile się da pożywnego miodku, a na pytanie, co możemy dać od siebie w zamian, odpowiadać rubasznym, sarmackim beknięciem. Takim tradycyjnym, polskim, naszym od stuleci.

PiS na czele dzięki 500+

Obraz bez nazwy

Kolejny sondaż i po raz kolejny Prawo i Sprawiedliwość na jego czele. To niepokojące wieści dla Polski, bo po ośmioletnim rozdawnictwie PiS trzeba będzie sprzątać dłużej, niż obiecuje opozycja.

Opozycja, która wpadła jak mucha w kompot w pułapkę zasadzoną jej przez rząd programem 500+. Zgodnie z założeniami fortelu, żadna licząca się siła polityczna w Polsce nie ma odwagi, by zapowiedzieć likwidację tego programu po dojściu do władzy. Przeciwnie – PO mówi o jego modyfikacji, tak, aby był „bardziej sprawiedliwy”. Nawet .Nowoczesna, po której w pierwszej kolejności można było się spodziewać zapowiedzi likwidacji tego programu, mówi, że „zrobi swoje, lepsze 500+”.

Program 500+ zablokował opozycję w sondażowej walce. Utrzymujące się, spektakularnie wysokie poparcie dla 500+ to w przeważającej mierze zasługa beneficjentów tej zapomogi. Ludzi, dla których tylko PiS jest gwarantem, że te pieniądze nie zostaną im odebrane. Ludzi, dla których pozostałe kontrowersyjne decyzje rządu mają marginalne znaczenie.

Makiaweliczna zagrywka PiS jest o tyle przebiegła, że cokolwiek by opozycja nie zrobiła, rząd zawsze będzie mógł powiedzieć’: „Przez osiem lat rządów Platforma nie dała ludziom tych pieniędzy, więc dlaczego mamy wierzyć, że teraz wam ich nie odbierze? To MY jesteśmy gwarantem utrzymania programu!”. Można się spodziewać, że im bliżej wyborów, tym częściej uruchamiane będzie przez PiS straszenie odebraniem pieniędzy dla rodzin, jeśli PiS utraci władzę.

Uzasadnienie celowości i korzyści programu 500+ dla Polski i jej obywateli PiS znajduje w często używanej, najprawdopodobniej pozornej korelacji między wprowadzeniem programu a zwiększoną liczbą urodzeń. W wieczornych Wiadomościach nikt nie wspomina, że mamy obecnie kolejne powojenne echo wyżu demograficznego. Pokolenie urodzone w latach 80-tych – wyjątkowo liczne – obecnie rodzi dzieci. A im więcej osób jest w wieku rozrodczym, tym więcej rodzi się dzieci – ten banalny fakt przechodzi mimo uszu prorządowym komentatorom. Co ciekawe, nie mówi o tym nawet opozycja…

Niespotykana od wielu lat, wielomiesięczna passa wysokich notowań PiS w sondażach nie wynika, w moim przekonaniu, z dobrych wskaźników gospodarczych (bezrobocie spada, ale przekonanie o tym, że „nie ma pracy”, jest tak samo powszechne, jak było, podobnie jak narzekanie na rosnące ceny i brak podwyżek płac), nie wynika również z nachalnej propagandy rządowych mediów, przybierającej tak karykaturalne formy, że nawet pretorianie PiS raczej nie traktują jej poważnie.

Wysokie notowania PiS wynikają z programu 500+. Abstrahując od tego, czy jest on potrzebny i uzasadniony społecznie lub gospodarczo, dla rządzących, jego podstawowym celem jest utrzymanie PiS przy władzy co najmniej na dwie kadencje. Na razie świetnie się to im udaje.

Przekazanie ludziom, już na samym początku kadencji, „konkretu”, realnych pieniędzy, w skali od ćwierćwiecza niespotykanej, może być zgubne dla gospodarki i na pewno będzie zgubne dla sporej grupy rodzin opierających swoją egzystencję wyłącznie na takich „pomocowych” programach. Powielamy w ten sposób opłakane w skutkach błędy Zachodniej Europy, gdzie pomoc socjalna już dawno przestała być ratunkiem w sytuacji kryzysowej i pomocą, aby z niej się szybko wydostać, jak to wymyślił Bismarck, a stała się dla dziesiątków milionów osób łatwym sposobem na życie, pogłębiającym stagnację i życie na granicy ubóstwa.

Wątpię, czy w ciągu najbliższej dekady znajdzie się ktoś na tyle odważny, by pójść do wyborów z planem likwidacji programu 500+ i – w ramach zaoszczędzonych miliardów złotych – na przykład propozycją obniżenia zabójczych stawek VAT, co stanowiłoby ulgę dla producentów i konsumentów. Ulgę, która pobudziłaby i jednych i drugich do napędzania popytu i podaży. Skorzystałby każdy, kto sprzedaje lub kupuje, jednak wytłumaczenie ludziom, dlaczego tak jest sprawiedliwie i lepiej dla gospodarki, jest o wiele trudniejsze, niż granie na emocjach hasłami „wszystkie dzieci nasze są”.

W Piątek Macierewicz objawia się po raz drugi.

DC_DTpsWAAEAEwJ

Obejrzałem wywiad z Tomaszem Piątkiem w Superstacji na temat książki o powiązaniach ministra Macierewicza z rosyjskimi służbami specjalnymi. Rzecz jest warta uwagi.

Warta uwagi szczególnie ze względu na sposób, w jaki autor opowiada o dokonanych przez siebie odkryciach. Zwraca uwagę ogromna ekscytacja i przejęcie, podniesiony tembr głosu autora, który z przejęciem prosi raz za razem o przedstawienie planszy, na której od wyrazu „Macierewicz” do wyrazu „Putin” wyrysowane są skomplikowane kreski rysujące tajemniczą sieć rosyjskiej szajki, której Macierewicz jest funkcjonariuszem.

Niewątpliwie Tomasz Piątek jest niezbicie przekonany, że oto przeprowadził dowód na to, że polski minister jest rosyjskim szpiegiem i że informacja ta dokona kompletnej rewolucji w życiu politycznym Polski, Rosji i całej Europy. Że oto on, polski dziennikarz, odkrył i udowodnił, że to rosyjska mafia załatwiła PiS wygraną w wyborach i że to z Moskwy realizuje się polską politykę. I że na pewno nie dostaniecie jego książki w księgarniach, bo – jak twierdzi – sprzedawcy będą się bali ją wystawiać na półki.

Nie da się rozmawiać ani ufać ludziom owładniętym manią spisku i przekonaniem o tym, że światem rządzą ukryte siły, o których my, zwykli ludzie, niewiele wiemy. Zarówno Macierewicz ze swoimi teoriami smoleńskimi, jak i Piątek ze swoją teorią rosyjskiej mafii rządzącej Polską, są niewiarygodni. I obaj mają w oczach to, co najgroźniejsze – ów rewolucyjny zapał i radykalizm, które prawie zawsze źle się kończą.

Politycy powinni kolegować się z bandytami

 

Wątpię, by ktoś jeszcze miał wątpliwości co do dwóch spraw związanych z Pawłem Kukizem. Po pierwsze, Kukiz’15 to partia. Po drugie, Kukiz’15 to partia wodzowska. Nie dość więc, że jest to twór oparty na mało zgłębionym przez jej lidera i większość działaczy pomyśle JOW-ów jako zbawieniu dla Polski i być może świata, twór sterowany przez lidera powodowanego bardziej emocjami, niż rozumem, wreszcie twór, który jak kania dżdżu czeka następnych wyborów, kiedy jego lojalność i popieranie rządu PiS przyniesie w końcu realne apanaże.

Mało eleganckie wyrzucenie w klubu pana Liroya nie powinno już nikomu pozostawiać jakichkolwiek wątpliwości, że Paweł Kukiz, trąbiący wszędzie o tym, jakie to jego „ugrupowanie” nie jest obywatelskie, otwarte na różne środowiska i transparentne, przejawia – najlepsze lub najgorsze, w zależności od upodobań – cechy autorytarnego wodza.

Obawiałem się pana Liroya w roli posła. Okazał się on natomiast pracowitym parlamentarzystą, pomysłowym w znajdywaniu sobie nisz do pracy i pracującym ponoć więcej, niż większość ludzi z Wiejskiej. W dodatku potrafiącym powiedzieć w „setce” tak, żeby nadawały ją wszystkie stacje. I chyba to ostatnie tak zdenerwowało Kukiza.

Paweł Kukiz nie ma charakteru mediatora, rozjemcy, słuchacza. To urodzony lider i wódz. Kiedyś tych swoich wszystkich zespołów, a teraz – partii politycznej.

Dlatego nie dziwię się, że kiedy pojawił się w jego otoczeniu ktoś, kto mógłby mu zagrozić charyzmą, medialnością, wyrazistością i zainteresowaniem mediów, natychmiast poczynił kroki, aby pana Liroya wyciąć u korzenia.

Przyznajmy bowiem, że zarzuty Kukiza pod adresem Liroya, są nie tylko śmieszne, ale wręcz absurdalne. Oto powodem usunięcia pana Liroya z szeregów klubu był fakt, że koleguje się on z osobami zamieszanymi w aferę reprywatyzacyjną w Warszawie. Oczywiście Kukiz nie okazał się na tyle odważny, by nazwiska owe ujawnić. Skończyło się na tym, że „wywalamy Liroya, bo ma niefajnych kolegów, ale jak przyłączy się do naszej piaskownicy, a z tamtymi skończy, to być może go przyjmiemy”. Oto cała koncyliacyjność i transparentność pana Pawła Kukiza.

Politycy i dziennikarze każą nam żyć w swoistym matrixie powtarzając, że dla polityka lub dziennikarza, który ma kolegów i znajomych powiązanych ze światkiem szemranych interesów, przekrętów i wałków, nie ma miejsca w mediach i polityce. Jednak każdy, kto choć trochę poznał świat mediów i polityki od środka wie, że w rzeczywistości ludzi robiących mniejsze lub większe przekręty, biznesowych oszustów, byłych i aktualnych przestępców, kręci się wokół polityków mnóstwo.

Czy to źle, czy dobrze? Ależ owszem, że dobrze! Politycy powinni szukać znajomości wśród przestępców, tak samo, jak dziennikarze powinni nawiązywać kontakty z półświatkiem! A poseł Paweł Kukiz powinien za wszelką cenę utrzymywać w swojej partii ludzi takich, jak Liroy. Ludzi, którzy mają kontakty ze środowiskiem przekrętów przy prywatyzacji mienia warszawskiego!

W jaki sposób ci wszyscy „szlachetni społecznicy”, nic nie wiedzący o tym, jak się robi przekręty, mają te przekręty ukrócić? Kto lepiej wie, w jaki sposób oszukano setki ludzi na grube miliony, jak nie ten, kto w tym uczestniczył? Kontakty i przyjaźnie posła Leroya są wręcz bezcenne dla każdego, kto chce tę aferę wyjaśnić, a winnych wsadzić za kratki.

Firmy produkujące oprogramowanie antywirusowe od dawna zatrudniają hackerów. Ludzie, którzy łamią systemy zabezpieczające nasze komputery najlepiej przecież wiedzą, jak je lepiej zabezpieczyć. Najskuteczniejszą metodą walki z mafią, jaką znamy, jest podszywanie się policjantów pod bandytów i wnikanie w siatkę mafijnych powiązań. Dziennikarze próbujący rozwikłać poważne sprawy kryminalne właśnie wśród kryminalistów szukają kontaktów, bo kto, jak nie oni, wie o tych sprawach najwięcej?

Polityk mający znajomości w świecie ludzi, próbujących oszukać prawo, jest na wagę złota, bo właśnie ci ludzie wiedzą najlepiej, jak to prawo uszczelnić, gdzie znajdują się jego najsłabsze ogniwa, luki, którymi można wyciągnąć z systemu grube pieniądze. Tak to zresztą działa od zawsze. Wyrzucenie Liroya z klubu jest kolejną socjotechniczną wrzutką Kukiza. Nie dość, że słabą, to dodatkowi działającą przeciw interesowi ogółu.