Moje 11.09.01

Ostatni telefon z World Trade Center. Wstrząsające nagranie

W dniu zamachu na World Trade Center miałem 21 lat i odbywałem praktyki studenckie w miejscowości Narew, położonej nad rzeką Narew. Praktyki prowadził znany dziś z radio i telewizji, profesor Piotr Gliński, wówczas radykalny zwolennik ruchów ekologicznych i Unii Wolności, dzisiaj szanowany spec od kultury i sztuki. Zostaliśmy zakwaterowani w gierkowskim klocku, skąd na czas naszego zakwaterowania, rodzina zamieszkująca owe miejsce wyprowadziła się do tak zwanej „letniej kuchni” – nieocieplonego pomieszczenia z klepiskiem, dzielącego ścianę z oborą.

Praktyki spędzaliśmy na piciu napojów, graniu na gitarze i nieustającej, całodobowej imprezie. Reszta towarzystwa mieszkała w takich popegeerowskich blokach, dokąd chodziliśmy na przepełnione chaosem imprezy. Kadra zarządzana przez profesora Glińskiego kompletnie nie panowała nad tym, co się dzieje. Pod tymi blokami, gdzie mieszkały dziewczęta, gromadzili się lokalni chłopcy, w których rzucaliśmy kanapkami, butelkami po winie i zeszytami do notatek.

Zdaje się, że musiałem wrócić do miasta wcześniej od innych. 11 września zwiedziłem jeszcze lokalną cerkiew i kościół, po czym wsiadłem w PKS. Tam, gdzieś w okolicach Trześcianki, usłyszałem w radio wiadomość: USA zostały zaatakowane. Nie potraktowałem tego poważnie.

Po dotarciu do domu zapaliłem telewizor. Usiadłem przed nim z pilotem i przełączałem kolejne stacje. Wszędzie mówili o tym samym. Poczułem wstyd, że my w tej Narwi piliśmy wina i śpiewaliśmy, a świat stoi teray na krawędzi.

Potem okazało się, że mój wstyd był bezzasadny. Nic się nie zmieniło, świat pozostał taki sam. Studenci jeżdżą na praktyki, piją wino, śpiewają, kochają się i nienawidzą. Okazało się, po raz kolejny, że jestem głupi.

Lotnisko Podlaskich Januszy Biznesu

Białystok: Lotnisko Krywlany. Mogą już lądować niewielkie samoloty  pasażerskie. Nadano certyfikat [ZDJĘCIA] | Kurier Poranny
Źródło: poranny.pl

Właśnie się okazało, że zrobili nas wszystkich w konia z tymi Krywlanami. Zrobili w konia tych, którzy lotniska chcieli i tych, którzy lotniska nie chcieli. Kto? Grupa biznesmenów, którzy zamiast zbudować lotnisko samodzielnie, za własne pieniądze, woleli pociągnąć za smycz polityków, którzy posłusznie jak pieski zrealizowali ich żądania. Bo kto będzie płacił za coś, za co nie musi płacić? Bo kto będzie finansował kampanie wyborcze?

Przypomnijmy, na czym polega problem z Krywlanami. Od dwóch lub nawet trzech dekad mówi się o stworzeniu w okolicach Białegostoku lotniska. Kolejne władze próbowały zmierzyć się z tematem, ale żadnej nie udało się tego dokończyć. Aż do 2020 roku, kiedy to prezydent ogłosił, że oto mamy w końcu lotnisko z prawdziwego zdarzenia. I że – to oczywiste – on tego dokonał.

Marzenia białostoczan o lotach do ciepłych krajów, albo chociaż do Krakowa, zostały spełnione. Oh, wait, czy naprawdę? Lotnisko, które zostało zbudowane może przecież obsługiwać mały ruch lotniczy, do 50 pasażerów. Loty rejsowe są więc niemożliwe. Z lotniska na Krywlanach będą mogły startować tylko samoloty obsługujące loty czarterowe i prywatne.

Włożyliśmy więc ciężkie pieniądze do kieszeni biznesu i – ewentualnie – klubu Jagiellonia, który również jest przecież biznesem. Zapewne obniżyliśmy koszty działalności tych firm, ale czy na pewno sądzicie, że spowoduje to wzrost wynagrodzeń?

Prezydent, za pomocą wiceprezydenta, co już samo w sobie świadczy o wiarygodności tej deklaracji, obiecuje, że to dopiero początek i że w przyszłości lotnisko zostanie rozbudowane i będzie dostępne dla wszystkich. Niestety, aby tak się stało, trzeba będzie wyciąć około 15000 drzew okolicznego lasu. I nawet to się uda, z powodu hałasu i innych zagrożeń, rozbudowa lotniska jest po prostu niemożliwa.

Kiedyś przy różnych okazjach pytałem ważnych osób, czy inwestycja w Krywlanach ma obliczony prosty wskaźnik return of investment. Po polsku – czy wiadomo, kiedy się to zwróci. Zawsze odpowiadali, że nie da się tego policzyć. Mówili o wizji dużego lotniska pasażerskiego. Teraz zbudowano lotnisko, które – uwierzcie mi – będzie służyć wyłącznie wakacyjnym wojażom Podlaskich Januszy Biznesu.

I kto za to płaci? Ja płacę. Pan płaci. Pani płaci.

Społeczeństwo.

Czy bieda sprzyja pandemii?

African Union summit: Boosting trade to raise standards of living | News |  Al Jazeera

…mogłoby się wydawać, że słabo rozwinięte państwa, nie posiadające dobrej opieki zdrowotnej, słabo wykształcone i – co chyba najważniejsze – gęsto zaludnione – wirus powinien atakować szybciej i skuteczniej.

Jak wskazują dane Statista 2020, wśród dziesiątki światowych „liderów” odsetka umierających wobec ogółu mieszkańców, sześć to kraje wysoko rozwinięte. Co prawda w tym „rankingu” przoduje Peru, ale tuż za nim mamy Belgię, potem Hiszpanię, a następnie Wielką Brytanię…

Nie sposób też zamykać oczy na to, że – jak podejrzewali niektórzy – etniczne i kontynentalne różnice genetyczne, inaczej reagują na koronawirusa. Zauważono na przykład, że Słowianie są na niego bardziej odporni od mieszkańców Zachodniej Europy.

A może powód jest trywialny?

Wysoka gęstość zaludnienia, częsta podatność na zakażenia od wieków występujących wirusów i bakterii, brak sterylności, częste kontakty społeczne, niestosowanie absurdalnych reżymów higienicznych, dają niektórym społeczeństwom co prawda lepsze pole do rozprzestrzeniania się koronawirusów, ale – jednocześnie – łatwiejszą, bezobjawową najczęściej, walkę organizmów z intruzem.

Dobrym przykładem jest Afryka, gdzie wirus rozprzestrzenia się bardzo ospale. Owszem, robi się tam niewiele testów, ale nie słyszymy też, aby ludzie umieralni tam na typowe dla „corony” objawy. Podejrzewam, że odsetek zakażonych może być tam gigantyczny. Lecz dzięki wolności przemieszczania się, brakowi rygorów sanitarnych i dzięki częstym oraz intensywnym kontaktom ludzi ze sobą, „corona” przegrywa walkę nie obostrzeniami, ale z naturalnymi, odwiecznymi sposobami radzenia sobie ludzkich organizmów z intruzami.

Statystyka, głupcze!

Letnie wyprzedaże 2017. Zobacz, kiedy możesz zrobić taniej zakupy

Badania społeczne to bardzo niewdzięczny kawałek chleba. Szczególnie w Polsce, gdzie powszechnie, we wszystkich bodaj środowiskach, podważa się ich obiektywność i stawia pod znakiem zapytania sensowność. Wielokrotnie spotkałem się z oburzeniem, w jaki sposób pytając o coś tysiąc osób, można powiedzieć cokolwiek o czterdziestomilionowym społeczeństwie. Wielokrotnie mówiono mi, że to niemożliwe, żeby średnia płaca w Polsce wynosiła 4500 złotych, skoro ten „wątpiący” nie zna nikogo, kto by tyle zarabiał. Ile razy musiałem tłumaczyć, że badania socjologiczne, tzw. „ankiety” badają nie to, jak ktoś postąpił, postępuje lub postąpi, ale wyłącznie deklaracje przekazywane ankieterowi!

Ludzie zazwyczaj nie zdają sobie sprawy, jak wiele ich codziennych decyzji wynika z badań społecznych. Nie zdają sobie sprawy, że decyzje o tym, jakie kupują auto, jaki proszek do prania, jakie piwo, wynikają z niezwykle kosztownych, misternych, długotrwałych badań społecznych. Badań, które nie mogą się odbywać bez głębokiego namysłu i ogromnej wiedzy oraz doświadczenia ludzi, którzy je przeprowadzają. Statystyka to potężna gałąź wiedzy.

… a prawdziwa socjologia i psychologia to statystyka i matematyka. Niestety, nie uczy się jeszcze prawdziwej socjologii w Polsce. Co więcej, nie uczy się w Polsce matematyki, skoro ludzie nie odróżniają średniej arytmetycznej od mediany, nie rozumieją, na czym polega eksperyment naukowy, nie zdają sobie sprawy, jak z próby wnioskować o ogóle, nie odróżniają punktu procentowego od procenta.

Zachwycają się w sklepie etykietką „rabat 40%” i wrzucają towar do koszyka, nie sprawdziwszy, od jakiej kwoty jest ta rzekoma obniżka… To jest moje ulubione…

… zaś potem z dumą mówią na przyjęciach rodzinnych, że „zawsze byłem słaby z matematyki”….

Dusza pisowska

Manifestacja KOD w Gdańsku

Kiedy Prawo i Sprawiedliwość pozostawało jeszcze w opozycji i nikt jeszcze nie podejrzewał, że po objęciu władzy będzie rządzić tak długo, samodzielnie i przy ogromnym poparciu społecznym, w lewicowych i demoliberalnych środowiskach, ale też w internecie, zaczęto rysować portret „typowego wyborcy PiS”. Typowy wyborca PiS to była najczęściej starsza, głęboko religijna kobieta, mieszkanka średniej wielkości miasta lub wsi. Pomijając etykietowanie tych ludzi szczególnym nakryciem głowy, dużo ciekawszy był stereotypowy obraz mentalności tych „typowych wyborców PiS”. Charakteryzowała ich nieufność do wszelkiej zmiany, podejrzliwość wobec wszystkiego, co nieznane, werbalna agresja, ciągłe podkurwienie na wszystko, założenie, że „władza kradnie” i ogólne złość oraz pesymizm wobec rzeczywistości.

Nazwałem tę mentalność pochopnie „duszą pisowską”, naiwnie zakładając, że tyczy się ona tylko wyborców PiS-u i że niemożliwe jest, by otwarta, postępowa, wyznająca wolność i demokrację część społeczeństwa, mogła kiedyś przejść metamorfozę i stać się równie pisowska, jak to PiS, którego tak nienawidzi.

Lęki te i ta „pisowska dusza” były oczywiście wzmacniane przez partię J. Kaczyńskiego, bo taki wkurzony elektorat zawsze łatwiej zmobilizować do głosowania. Te wszystkie fobie, negatywizmy, uprzedzenia, były więc przez opozycję klonowane na coraz szersze kręgi społeczeństwa.

Aż PiS w końcu wygrało.

Nie trwało długo, by coraz częściej z grona dawnych wyznawców demoliberalnej Polski zaczęły wydobywać się nastroje dziwnie podobne do nastrojów ich wrogów. Rozpoczęło się od trwającego do dziś niedowierzania, że PiS ma takie poparcie, że na PiS chce głosować 40% Polaków (reagowali na to absurdalnym „czyli nie chce 60%”, powinni ustąpić!), że ludzie są zadowoleni z absurdalnych ekonomicznie programów rozdawnictwa, że popierają tę władzę, mimo jej prymitywizmu, populizmu, arogancji i bezczelności.

Na marszach KOD-u widziałem jakby tych samych ludzi, co te babcie w moherowych beretach kilka lat wcześniej. Tak samo agresywnych, wulgarnych, przepełnionych nienawiścią, pełnych żółci i piany w kącikach ust. Byli tacy sami, tyle, że nie mieli beretów.

Potem zauważyłem wśród moich znajomych, którzy są radykalnymi przeciwnikami PiS, tę samą zaciekłość na twarzy, tę samą podejrzliwość, nieufność wobec wszystkiego. Nie potrafiących cieszyć się życiem. Nie potrafiących popatrzeć na świat z dystansem i ironią. Wiecznie poważnych, nigdy uśmiechniętych. Wiecznie na wojnie. Z wszystkimi, bo przecież gdzieś są te mendy głosujące na PiS, tylko nie chcą się przyznać.

Ci ludzie, choć nienawidzą PiS, w rzeczywistości mają pisowskie dusze. Dwa wielkie polskie plemiona, toczące ponurą, męczącą normalnego człowieka walkę, nie pozostawiający choć milimetra na wolność, obiektywizm, racjonalność i rozsądny osąd.

Siedzę okrakiem na tej barykadzie, bo dusza pisowska jest mi obca. A, jak napisał mi kiedyś Prezydent Miasta Białegostoku Prezydent Tadeusz Niech Żyje Wiecznie Truskolaski, jak się siedzi na barykadzie, to się dostaje z obu stron. Więc dostaję, ale trwam. Do samego końca: tych pierwszych, albo tych drugich. A najlepiej obu.

Plotka, która zabija

Kraśko wypytywał Kanthaka o LGBT. Poseł nagle wypalił: Mają swoje sklepy  mięsne, widziałem

Jan Kanthak jest ewidentnie oportunistycznym, cynicznym i wyrachowanym graczem politycznym. Nie wierzę w jego szczerość ani dobre intencje. Podejrzewam, że przy innych okolicznościach, służyłby dowolnej innej partii. Jednak, to, w jaki sposób się go teraz atakuje, obnaża bezwzględne, okrutne, pozbawione zasad, oblicze polskiej polityki.

Wystarczyło, że ktoś napisał plotkę. Plotkę o tym, że Jan Kanthak, dziesięć lat temu, namawiał kogoś do seksu oralnego w jakimś krakowskim klubie. Po minucie wyje już o tym cały Twitter. Najczęściej wyje tak: „no tak, z twarzy to ewidentny pedał”. Wyje oczywiście ta postępowa, tolerancyjna Polska. Polska, która złapie się łapczywie za każdy argument uderzający w swojego politycznego przeciwnika.

W tych czasach plotka rozprzestrzenia się z szybkością błyskawicy. Nie weryfikowana, bez możliwości weryfikacji ani odniesienia się bohatera tejże. Fajnie, jeśli uderza w kogoś, kogo nie lubimy. Ale – równie dobrze – może uderzyć w Ciebie. Jak się wtedy poczujesz?

Maria Mazurek, Jerzy Vetulani – „A w konopiach strach”

463730-352x500

W zasadzie nie do końca wiadomo, skąd wziął się wszechobecny strach przed konopiami i w zasadzie powszechny zakaz swobodnego ich uprawiania. Aż do XX wieku, towarzyszyły ludzkości na wszystkich kontynentach, służąc zaspokajaniu jej wszechstronnych potrzeb. Jeszcze przed II wojną światową, przy każdym domostwie było poletko zasiane konopiami. 

Tabu konopne wynika oczywiście z psychoaktywnych i rzekomo uzależniających właściwości konopi indyjskich. W rzeczywistości, ich psychoaktywny efekt jest powszechnie wyolbrzymiany, tak jak ich rzekome silne właściwości uzależniające nie zostały nigdzie udowodnione. Nie udowodniono również dość powszechnego przesądu, że używanie marihuany to prosta droga do twardych narkotyków.

W rzeczywistości, działanie psychoaktywne i uzależniające cukru, nikotyny i alkoholu jest silniejsze niż marihuany. Są też te substancje o wiele bardziej zgubne dla zdrowia, niż trawa.

Co więcej, tak jak nie sposób wymienić wielu pozytywnych dla zdrowia skutków picia alkoholu, palenia papierosów, jak również jedzenia słodyczy, tak spektrum zdrowotnych właściwości konopi jest niezwykle szerokie. Pomaga osobom z nerwicami, depresją, schizofrenikom, autystom. Uśmierza cierpienie osób ze stwardnieniem rozsianym, nowotworami, chorobami neurologicznymi. Reguluje ciśnienie krwi, rozluźnia mięśnie, działa uspokajająco, pomaga cierpiącymi na brak snu.

Dlaczego zatem wykorzystywanie marihuany, zarówno w celach rekreacyjnych, jak i medycznych, jest tak ściśle zakazywane lub reglamentowane przez rządy? Na to i inne pytania próbują odpowiedzieć Maria Mazurek i wspaniały Jerzy Vetulani. Odpowiedź nie jest prosta, a argumentów, aby je zadawać jest mnóstwo.

PS. Nie jestem konsumentem konopi w żadnej postaci, a moje doświadczenia z trawką są bardzo ubogie i odległe w czasie. Po prostu tego nie potrzebuję, lecz krew mnie zalewa, kiedy tak wiele osób mogłoby czerpać z dobrodziejstw tej rośliny, leczyć swoje choroby, pomniejszać swoje cierpienie, i z zupełnie niezrozumiałych powodów ciemne rządy im to uniemożliwiają.

Unia Wschodnioeuropejska

640px-2020_Belarusian_protests_—_Minsk,_16_August_p0024

W sprawie kryzysu na Białorusi, polska dyplomacja ponosi jak na razie same porażki. Nie wiem, czy bierność, zarówno Polski, jak i Unii Europejskiej w tej sprawie jest w jakiś sposób wykalkulowana, czy też wynika z takiej a nie innej polityki Zachodu wobec Rosji, polegającej w gruncie rzeczy na tym, aby nie drażnić rosyjskiego niedźwiedzia.

Wiadomo, że w krótkiej perspektywie, w interesie Polski nie leży poważny kryzys na Białorusi, który spowoduje brak stabilności. Z punktu widzenia naszego kraju, rządy Łukaszenki, prowadzącego z Putinem ciągłą grę i balansującego między podległością a niezależnością, były oczywiście na rękę. Dzięki temu, wojska rosyjskie nie stoją przy naszej wschodniej granicy, co daje chociażby minimalne poczucie bezpieczeństwa.

Sądzę, że ewentualne ustąpienie Łukaszenki sprawi, że Polacy będą być może szczęśliwi z faktu, że nasi wschodni bracia obalili dyktatora, ale nie sądzę, aby sprawiło to, że będziemy bezpieczniejsi.

Wiadomo, że ktokolwiek będzie rządził Białorusią po Łukaszence, będzie on mieć musiał ciche, choćby milczące, przyzwolenie Moskwy. Całkowita niezależność Białorusi od Rosji jest obecnie kompletnie nierealna.

Dlatego uważam, że realnym, racjonalnym, ale długofalowym, bo obliczonym na co najmniej 20 lat, pomysłem dla polskiej dyplomacji, jest pomysł konstruktu geopolitycznego, który przecież przez wiele lat praktykowaliśmy. Jest nim dążenie, wraz z Litwą i – w przyszłości – Białorusią, do stworzenia czegoś w rodzaju Unii Polsko-Białorusko-Litewskiej, na wzór Unii Polsko-Litewskiej, której przecież ziemie obecnej Białorusi były znacznym udziałem. Byłby to organizm składający się z trzech niepodległych państw, posiadających oddzielne parlamenty i prawodawstwa, prowadzących jednak wspólnie politykę zagraniczną i mocno związanych gospodarczo. Jednocześnie całkowicie suwerennych.

Coś w rodzaju Unii Wschodnioeuropejskiej.

Taki silny organizm, którego częścią mogłaby się kiedyś stać również Białoruś, mógłby stanowić bezpieczny bufor między Rosją a Europą Zachodnią. Wymaga to jednak wielu lat starań, strategicznych działań i ogólno – polsko-litewsko-białoruskiej – zgody.

Rocznica w Białymstoku

53dce53bed00d_p

Godzina W. Syreny. Choć uważam, że Powstanie Warszawskie to ogromny sukces wyłącznie Sowietów i kompletna kompromitacja albo zdrada polskiego dowództwa, które skazało tysiące Polaków na śmierć, a miasto na zniszczenie wyszedłem na balkon. Z szacunku do zabitych cywilów i żołnierzy. Na jednym z największych skrzyżowań w moim mieście ruch toczył się jak zwykle. Samochody jechały, ludzie spacerowali, rozmawiali, śmiali się, jeździli na rowerach. Tylko starsza pani z bloku naprzeciwko również wyszła na balkon. Tylko jakiś Seba pod moim balkonem zatrzymał się zdezorientowany i powiedział do drugiego Sebka:

– Co jest, kurwa? Wojna?