Białostockie łąki zamiast londyńskich trawników

spring-meadow-1453190_960_720

Każdego z nas, przynajmniej raz, wiosną lub latem, obudziła o siódmej rano brygada kosiarzy z wyjącymi wściekle kosiarkami. Czy rzeczywiście ma to sens? Czy nie jest bezpodstawnym wydawaniem publicznych pieniędzy? Czy nie jest truciem środowiska?

Jest niewiele argumentów za tym, by wycinać w miastach trawniki. Robi się to właściwie tylko ze względów estetycznych i – w nielicznych miejscach – w ramach poprawy widoczności w ruchu drogowym. Tyle jest właściwie powodów, dla których miasta wydają podejrzewam spore kwoty na armię ludzi wyposażonych w przeraźliwie głośne, pożerające hektolitry benzyny kosiarki, podkaszarki i dmuchawy wznoszące do góry tumany kurzu i metali ciężkich.

Koszenie trawy to również pozbawianie wielu gatunków fauny i flory ich naturalnego miejsca wzrostu lub bytowania. W miastach polskich może żyć nawet około 200 cennych przyrodniczo gatunków roślin, oczyszczających powietrze, absorbujących wilgoć (mniejsze ryzyko podtopień) oraz dających schronienie pszczołom i innym zwierzętom.  Wycinanie trawników do gołej gleby powoduje, że nasze miasta stają się roślinnymi monokulturami.

Rozumiem, że w niektórych miejscach trawa powinna być wycinana, bo może zasłaniać widok poruszającym się po drogach. Takich miejsc jest w moim przekonaniu niewiele, a głównym powodem, dla którego się to robi, jest to, że „na Zachodzie” tak robią i że tak jest ładnie. Po raz kolejny robimy to, co było kiedyś modne w Londynie, Berlinie, Amsterdamie, zamiast uczyć się na błędach poprzedników.

Zamierająca niestety kameralność i wyjątkowość Białegostoku może polegać na tym, że postawimy tu nie na londyńskie, oczojebnie zielone trawniki przycinane co tydzień z milimetrową dokładnością, ale na… łąki. Łąki, które żyją własnym życiem. Ukwiecone łąki na których żyją gady i płazy, nad którymi latają pszczoły i różnorodne ptactwo. Łąki, na które można pójść z kocem, zjeść śniadanie z wiklinowego, napić się wina, poprzytulać w intymnej atmosferze. Bez huku ujadających wściekle spalinowych kosiarek nad głową. 

Reklamy

Nie przeszkadzajmy ludziom handlować

person_food_market_man_seller-23758

Pobieranie opłaty targowej traktuje się jako oczywistość, a wręcz jako obowiązek samorządu. Podobnie, jak oczywistość traktuje się obowiązek handlowania w wytyczonych do tego celu miejscach. Tymczasem gminy nie mają obowiązku zabierania ludziom pieniędzy za to, że chcą coś sprzedawać, jak również określania miejsc, w których mogą to robić. Moralnym obowiązkiem władzy jest natomiast zachęcanie ludzi do przedsiębiorczości i nieutrudnianie zawierania transakcji kupna-sprzedaży.

Kiedy patrzę na strażników miejskich egzekwujących pieniądze od starszych pań sprzedających chrzan i jajka, aby dorobić kilka groszy do emerytury, przypomina się obrazek, jaki widziałem wielokrotnie we Lwowie. Na przystankach autobusowych, przy skrzyżowaniach, prosto z chodnika, handluje się tam wszystkim, nawet mięsem. Oskubane kurczaki leżą tam na ziemi, owinięte w gazetę i nikomu nie przychodzi do głowy, aby przeszkadzać w tym, by chcący tego ludzie kupowali te kurczaki prosto z chodnika.

W Białymstoku od prawie dziesięciu lat konsekwentnie ruguje się drobny handel z centrum miasta, przez co tysiące ludzi mają utrudniony dostęp do świeżych owoców, warzyw, mięsa i innych rzeczy. Drobny handel uliczny został przeniesiony na rzadko zamieszkałe peryferia, co samo w sobie jest absurdem. Istotą ulicznego handlu jest to, że odbywa się on na ulicy – tam, gdzie jest najwięcej ludzi i gdzie można dotrzeć w podomkach, na nogach, prosto z domu.

Jest to szczególnie uciążliwe dla ludzi starszych, niezmotoryzowanych, którzy w akcie swoistej desperacji podróżują dzisiaj autobusami na Giełdę Rolno-Towarową z tymi torbami na kółkach, bo tylko tam mogą dostać świeżą rybę, warzywa, owoce, mięso. Bo w okolicach ich bloku jest tylko PSS i Biedronka, a miejsce, gdzie przez lata rolnicy sprzedawali swoje produkty zostało z niewiadomych przyczyn zlikwidowane. Zlikwidowano też targowisko przy ulicy Jurowieckiej, co samo w sobie nie byłoby niczym złym, gdyby nie brak pomysłu na ucywilizowanie go i przeniesienie na inne, nieodległe miejsce.

Nie wiem, ile wynoszą dochody miasta z tytułu opłaty targowej, ale – niezależnie od tego, jakie są te zyski – uważam, że miasto powinno zrezygnować z pobierania tych haraczy. Odgórne wyznaczanie „stref” dozwolonego handlu jest natomiast pogwałceniem idei miejsc publicznych. Miejsca publiczne – ulice, chodniki, skwery, place – są niejako „prywatyzowane” przez władze samorządowe, podczas gdy ich istotą jest właśnie publiczny charakter tych przestrzeni – to, że każdy może w nich przebywać i robić to, na co ma ochotę, jeśli nie krzywdzi i nie przeszkadza innym. 

Esencją rozwoju gospodarczego nie są wielcy inwestorzy budujący fabryki za miliony monet. Istotą rozwoju gospodarczego jest mała przedsiębiorczość, o której zapominamy debatując nad lotniskami, wolnymi strefami ekonomicznymi i ekspertyzami, jakie będzie to miasto za pięćdziesiąt lat. Wystarczy jedna uchwała Rady Miasta i rezygnacja z tych paru złotych złotych dziennie haraczu, jakie pobiera miasto od drobnych kupców, pozwolenie, by kupcy ci handlowali czym chcą i gdzie chcą, aby realnie poprawić codzienne życie tysięcy ludzi w tym mieście. Dla budżetu miasta jest to kwota znikoma, tym bardziej, że około połowę tych pieniędzy konfiskują spółki komunalne zarządzające wytyczonymi odgórnie targowiskami. Bazary powinny powstawać tam, gdzie ludzie chcą sprzedawać i kupować, a miasto nie powinno im tego zabraniać.

Okrutni ludzie dokarmiający gołębie

dove-3181797_960_720

Pod moim blokiem, tak jak pod wieloma innymi blokami jest miejsce, gdzie zwyczajowo codziennie przychodzą ludzie z foliowymi torebkami. Wyjmują z tych torebek czerstwe pieczywo i karmią nim chmary gołębi, koczujących tam cały dzień. Ptaki pozostawiają tylko skórki tych suchych kromek, po które nocą przychodzą szczury.

Gołąb to piękne zwierze, symbol pokoju i miłości, nieodłączny element miejskiego krajobrazu. Dlatego choć wiem, że dokarmianie tych ptaków przez ludzi wynika z dobrych odruchów serca, ale nawet dobra wola nie usprawiedliwia sprawiania zwierzętom cierpienia. A to robią wszyscy, którzy rzucają gołębiom pieczywo, szczególnie pieczywo białe. Dlaczego?

Po pierwsze, suche pieczywo ma bardzo małą wartość odżywczą, a w żołądku ptaka, po nasiąknięciu wodą, puchnie, co prowadzi do bólu, a nawet może spowodować śmierć. W starym pieczywie może mieszkać też pleśń, co też nie przysparza naszym gołąbkom przyjemności.

Po drugie, panuje przekonanie, że gołębie, tak jak bezdomne koty, mogą nie przetrwać trudów mroźnej zimy. Nic bardziej mylnego. Kot to zwierze domowe, które rzeczywiście jest uzależnione od człowieka. Gołąb to zwierze dzikie, a zwierząt dzikich nie zagrożonych wyginięciem z zasadny nie dokarmia się.

Co się stanie, jeśli przestaniemy dokarmiać gołębie? Doskonale sobie bez tego poradzą i nie znikną z naszego krajobrazu, bo miasto jest i bez dokarmiających doskonałym źródłem pożywienia, również zimą. Gołębi będzie z roku na rok nieco mniej, ale nie dlatego, że pozamarzają, ale dlatego, że z powodu mniejszego dostępu do pożywienia gołębie mamy będą rodziły mniej potomstwa. I zostanie ich tyle, ile to wynika z równowagi ekologicznej.

No i przede wszystkim, gołębie przestaną cierpieć.

Dzięki temu zmniejszą się też problemy właścicieli kamienic walczących codziennie z gołębim guanem leżącym na chodnikach, parapetach, murach i oblepiających okna, co również jest kosztem i dla miasta i dla innych właścicieli. Populacja ptaków w mieście się zróżnicuje, bo gołębie, mimo tego, że symbolizują pokój, styranizowały ptasie towarzystwo i tylko wrony mogą im podskoczyć. Może dzięki temu wrócą do Białegostoku sympatyczne wróbelki, których kiedyś było mnóstwo, a dzisiaj nie ma wcale?

Co zrobić, by ograniczyć dokarmianie gołębi? Jestem przeciwnikiem karania, bo wiem, że karmienie wynika z dobrej woli połączonej z niewiedzą. Więc – żadnych kar. Co najwyżej pouczenie, wytłumaczenie przez dzielnicowego lub patrol policji, a najlepiej po prostu przez sąsiada lub przechodnia.

W miejscach, gdzie się to robi regularnie postawmy tabliczkę z taką prośbą, wytłumaczymy w prostych słowach, dowcipnie, że dokarmianie chlebem powoduje cierpienie zwierząt, a małymi literkami u dołu zacytujemy Ustęp 33 Ustawy o ochronie zwierząt. Jest to rozwiązanie nieomal bezkosztowe.

 

Radny jest od śmietników, ławek, trawników i gołębi

31277582_1653744671410573_1759175912466677760_n

Za każdym razem, gdy im bliżej do wyborów samorządowych, tym bardziej nie wiem, co robić. Czy po raz kolejny się wkurzać, czy otwierać paczkę z popcornem z widokiem na kolejną komedię? Polska polityka na szczeblu krajowym jest mało poważna, ale to, co się dzieje w gminach przy okazji wybierania tak zwanych „samorządów”, to jest już sprawa, w której balansujemy na cienkiej linie oddzielającej kabaret od szaleństwa. W którąkolwiek stronę się przechylić, tam kolejna tragedia, żałość albo po prostu serdeczny śmiech.

Ogólnym problemem samorządów w moim mieście, ale pewnie nie tylko, bo to niestety ogólnopolska cecha, jest przejawiający się w wielu formach bonapartyzm i chorobliwa potrzeba posiadania władzy dla władzy. Nieważne, czy chodzi o przewodniczącego wspólnoty mieszkaniowej, radnego, wójta czy prezydenta miasta. Obserwuję tych ludzi od pomad dwudziestu lat dorosłego i świadomego społecznie życia. Daj człowiekowi odrobinę władzy i po chwili z tyłka zaczynają wyrastać mu pawie pióra.  I ta znana z „Folwarku zwierzęcego” Orwella odrażająca pycha, nawet jeśli ubrana w dobry garnitur. Fuj.

Spora część ludzi ceni takich polityków. Sekretem sukcesu i popularności prezydenta Truskolaskiego jest to, że choć związany formalnie ze środowiskami posiadającymi w nazwie „obywatelskość”, zbudował model rządzenia „Dobrego Gospodarza”. Takiego, co zapewni równe drogi, wodę, prąd, gaz, stadion, operę, jakąś imprezę. A przede wszystkim nie będzie o to zapytywał przez cały czas mieszkańców. Mieszkańcy chcą spokoju, a Dobry Gospodarz im spokój zapewnia. A ten, kto bezczelnie Gospodarza zapyta lub nie daj Boże skrytykuje, jest niewdzięcznikiem, matyskiem, na którego w końcu przyjdzie kryska.

Nawet jeśli jesteś po prostu radnym jakiegoś miasta, to zamiast rozwiązywać codzienne problemy ludzi, którzy cię wybrali, latasz wysoko w chmurach, w ideologii, historii i ponadczasowych sporach, które przerastają cię intelektualnie. Jakiś czas temu nasi domorośli fachowcy od historii z Rady Miasta debatowali zaciekle nad pomysłem Ronda Żołnierzy Wyklętych. Przegłosowali. Niedawno podobny spór wzbudził pomysł nadania jednej z ulic imienia majora Łupaszki. Przegłosowali.

Osobiście uznaję Łupaszkę za odważnego żołnierza, któremu za walkę z komunizmem należy się cześć oraz chwała. Na wojnie robi się z perspektywy naszego obecnego świata rzeczy przerażające. Trzeba pamiętać, że wartość ludzkiego życia była wtedy nikła, a kiedy trzeba było chronić bezpieczeństwa własnych ludzi, dziecko, krewny, stryj, znajomy twojego wroga, był również twoim wrogiem. Trudno to pojąć w czasach, gdy cały świat debatuje nad tym, czy podtrzymywać sztucznie życie dziecka pozbawionego mózgu, które nigdy nic już nie zobaczy, nie usłyszy, nie poczuje.

Sprawa jest oczywiście złożona, a mieszkańcy Białegostoku różnią się w sprawie Łupaszki. Dlatego, choć sam uważam go za bohatera, jestem przeciwny, aby nazywać jego imieniem ulice. Prawdopodobnie obecni i przyszli mieszkańcy ulicy Łupaszki też będą podzieleni i wielu z nich jego postać będzie budzić odrazę. Po co robicie to tym ludziom? Po co skłócacie na nowo mieszkańców miasta i regionu? Tylko po to, by pobłyszczeć na konferencjach prasowych, dostać wzmiankę w artykule, podlizać się swojej partii?

Radni powinni być od rzeczy blisko ziemi – ławek, boisk, trawników. Powinni siadać na tych ławkach i rozmawiać z ludźmi. Tylko nieliczni to czują. Przy Alei Piłsudskiego jest przystanek autobusowy, na którym zamiast ławki urządzono barierkę odgradzającą ścieżkę rowerową od metrowej przestrzeni, na której stali pasażerowie oczekujący na autobus. Niektórzy próbowali przysiąść na tej barierce w pozycji „na Małysza”. Przy chodniku jest też apteka, której jednak przeszkadzali pasażerowie chcący przycupnąć przy jej witrynie, więc zamontowano tam takie uniemożliwiające przysiadanie blokady jak dla gołębi. A wszystko to trwało latami i działo się przy głównej arterii komunikacyjnej miasta. Na szczęście któryś z radnych (nie zdradzę, ale można to zapewne łatwo sprawdzić) zauważył ten problem i szybko go zlikwidował. Problem dla jednych błahy, a dla innych codzienny i ważny.

A takich mniej lub bardziej błahych spraw do załatwienia w mieście jest bardzo dużo. Kandydaci nie lubią zdradzać swoich pomysłów do momentu, aż zostaną radnymi. A ja, jako że nigdy nie będę kandydował, mogę sobie pozwolić na zdradzenie kilku spraw, z którymi można by się zmierzyć w Białymstoku. Poniżej tylko je punktuję, a w w kolejnych wpisach podzielę się z tym, dlaczego uważam, że realizacja tych pomysłów uczyniłaby to miasto lepszym. Kolejność pomysłów jest przypadkowa.

  1. Tępienie okrutnego dokarmiania gołębi.
  2. Rezygnacja z opłaty targowej i dopuszczenie możliwości handlu w dowolnym miejscu w mieście
  3. Stworzenie na osiedlach miejsc z możliwością handlowania – osiedlowych bazarków
  4. Drastyczne ograniczenie bezsensownego strzyżenia publicznych trawników wiosną i latem do miejsc niezbędnych
  5. Wprowadzenie strefy skrzyżowań równorzędnych w innych dzielnicach poza Nowym Miastem
  6. Zwiększenie dopuszczalnej prędkości na obwodnicach do 90 km/h
  7. Likwidacja Straży Miejskiej
  8. Ograniczenie ruchu samochodowego na odcinku ulicy Sienkiewicza od Legionowej do Alei Piłsudskiego i uczynienie tam strefy pieszej.
  9. Wyłączenie taksówek z możliwości poruszania się po buspasach
  10. Dopuszczenie możliwości palenia tytoniu na przystankach autobusowych i zamontowanie tam popielniczek.
  11. Rezygnacja z zakazu spożywania alkoholu w miejscach publicznych, czyli de facto, wyłączenie z ustawowego zakazu całego terenu miasta
  12. Zachęcanie niższymi opłatami do wystawiania ogródków piwnych przez cały rok przez restauracje i puby
  13. Wytyczenie na powrót przejść dla pieszych na skrzyżowaniu Alei Piłsudskiego z Sienkiewicza i przeznaczenie tunelu na cele artystyczne i kulturalne
  14. Postawienie w różnych częściach miasta ogólnodostępnych, murowanych i zadaszonych, estetycznych miejsc na kontenery śmieciowe, gdzie każdy mieszkaniec Białegostoku mógłby wyrzucić śmieci
  15. Stworzenie na obszarze między ulicą Suraską i Liniarskego zielonego skwerku, miejsca wypoczynku i rekreacji
  16. Wykreślenie funduszy na promocję miasta z budżetu

Kto nie z Mieciem, tego zmieciem

Mieczysław_Baszko_Sejm_2016
Źródło: Wikipedia Commons

… tak tutaj, na Podlasiu mówią o Mieczysławie Baszko. A tak zazwyczaj mówią o nim po prostu „Miecio”. Popularny przez lata, a na Sokólszczyźnie wielbiony wręcz religijną miłością Miecio postanowił niedawno, że bliżej mu do prawicy i przeszedł pod skrzydła Jarosława Gowina. Przeszedł więc do de facto do rządu.

Arystoteles mawiał, że przyjaciel wszystkich jest niczyim przyjacielem. Baszko doskonale wpisuje się w tą starożytną zasadę, dlatego jego towarzysze z PSL nie powinni być zaskoczeni taktycznym zagraniem swojego byłego kolegi.

Rozumiem jednak rozpacz i żal w komentarzach, których po odejściu Baszki udzielali Kosiniak-Kamysz, Jarubas i inni. Baszko to co prawda mało przydatny poseł, nie daj Boże dawać go do konferencji prasowych, na trybunie sejmowej też lepiej jak występuje, gdy nie ma telewizji, ale…

…Miecio Baszko to prostu „równy chłop”. W wyborach, tam u siebie, w Sokółce, Janowie, Szudziałowie albo w takich Krynkach, Baszko rozjeżdża wszystkich konkurentów z siłą walca drogowego. Do każdej chałupy zapuka, rękę gospodarza uściśnie, kobietę w rękę pocałuje, a i kieliszka nie odmówi. Kochają go również za to, że słucha ludzi i jak trzeba, to załatwi. Bo Miecia znają wszyscy i Miecio zna wszystkich. Każdego wójta, sekretarza gminy, kierownika GOK-u, co większego gospodarza, księdza proboszcza i każdego batiuszkę.

Swojska, lokalna powierzchowność chłopa o ogorzałej facjacie, przełamuje wszystkie lody. I gdybyśmy nie wiedzieli, że ten Baszko to poseł PSL, a teraz Polski Razem, każdy powiedziałby, że facet reprezentuje jakąś wschodnią mniejszość narodową. Jakiś Białorusin, Ukrainiec, ewentualnie Litwin, bohatersko mierzący się w swoich sklecanych z trudem Syzyfa zdaniach po polsku.

Baszko mówi językiem „tutejszym”, dlatego zrozumiesz, co ma Baszko ma do powiedzenia, jeśli mieszkasz w Sokółce i okolicach. Nawet gdyby jednak zatrudnić jakiegoś tłumacza, co się urodził co prawda gdzieś w Sokółce, a potem skończył jakąś szkołę w innym mieście i potrafi dokonać translacji na język polski, obawiam się, że wiele byśmy nie zyskali. Mieczysław Baszko reprezentuje wszystko, co najbardziej typowe dla Polskiego Stronnictwa Ludowego. Absolutny brak programu politycznego, konsekwentna od ćwierćwiecza bezideowość i bezczelny koniunkturalizm. Obecność w Sejmie jest dla PSL-u niezbyt wygodną koniecznością, dającą te kilka milionów dotacji i obecność w mediach, co przydaje się potem w wyborach samorządowych.

Bo PSL – tak jak i Baszko – rozumie, że największe interesy robi się lokalnie. To w samorządach, w małych miastach i na wsi, jest realna władza. To wójt i marszałek rozdzielają te miliony posad w urzędach, szkołach, szpitalach i setkach innych instytucji publicznych. To od samorządów zależą rozstrzygnięcia przetargów na inwestycje. To do wójta idzie się z każdą sprawą.

Poznałem kilkunastu wójtów z różnych części Polski. Wielu z nich trwa na swoich stanowiskach do dziś. Większość z nich przypominała swoją osobowością Baszkę. Z jednej strony – miłe, prostolinijne chłopy, używające prostego języka, mało obyte w świecie, ale z drugiej – przekonane, że mają władzę i będące z tego w jakiś przerażający sposób dumne. Pamiętam, jak byłem kiedyś z grupą wójtów na wycieczce zagranicznej w dużym mieście w Zachodniej Europie. Wracaliśmy wieczorem z restauracji do hotelu. Na czerwonym świetle, przy zerowym ruchu, przejechał skuter. Wtedy jeden z gminnych władców zatrzymał się, westchnął i rzekł:

„Hmm, u mnie w gminie to tylko wójt i sekretarz tak mogą”

Baszko zrozumiał to, że dzięki polityce socjalnej PiS-u, mimo, że jego ludzie w Sokółce oczywiście gremialnie zagłosują na niego, czasy PSL mogą być policzone. Ludowcom brak charyzmatycznego przywództwa, ale nawet gdyby takie się znalazło, może się okazać, że to nie wystarczy do obrony całkiem niezłej pozycji partii w samorządach, włącznie z rządzeniem województwem podlaskim przez marszałka z PSL-u i w kilku innych województwach.

Ten miły w obyciu, „przyjaciel wszystkich”, swój chłop, który na nikogo nie powie złego słowa i o którym nikt nie odważy się powiedzieć złego słowa, właśnie podrzyna gardło swojej byłej partii, chroniąc interesy swoje i swoich znajomych, skupionych wokół Miecia wierną siatką „kolegów”, „koleżanek”, „swoich ludzi”, którym swoimi wpływami pomaga i teraz też nie zostawi w potrzebie.

A jak ktoś nie jest z Mieciem? Tego zmieciem!

Rysiu, bardzo cię polubiłem, chłopie

Ryszard_Petru_Nowoczesna_Sejm_2015

Ta osobliwa kropeczka przed nazwą partii .Nowoczesna pięknie przepowiada koniec tego ugrupowania przed okazją, by cokolwiek można było zacząć. Jeśli nie stoi za tym jakiś wyrafinowany, taktyczny ruch, zwycięstwo kompletnie nijakiej, pozbawionej charyzmy, źle wypadającej w telewizji Katarzyny Lubnauer to początek końca .Nowoczesnej. Grzegorz Schetyna dzisiaj napije się szampana.

Osobiście darzyłem posła Petru sporą dozą życzliwości. Jest to ten rodzaj życzliwości, którą darzę też Radka Sikorskiego. Nieważne, jakie głupoty by wygadywali, jakich błędów nie popełniali, cenię sobie w polityce taką chłopięcą dezynwolturę, pewność siebie, przebojowość i ów niewyparzony język, przez który już wielu poległo. Poległ Sikorski, teraz skapitulował Petru. Wolę takich politycznych „chuliganów” od tych wszystkich popychadeł, które jedyne, co potrafią, to nauczyć się na pamięć trzech zdań „przekazu dnia” wysyłanego im codziennie sms-em i powtarzać te same słowa kilka razy dziennie do różnych kamer i mikrofonów.

Ryszard Petru myślał, że włożywszy kilka złotych i trochę czasu w politykę, szybko wskoczy na pozycję lidera opozycji. Miał wiele powodów, by w to wierzyć. Bo niby PiS jest łatwy do punktowania, a Platforma nie robi nic, by przejąć władzę. Niestety, Petru zmierzył się z twardym, betonowym murem Kaczyński-Schetyna, którzy wspólnie, w porozumieniu uniemożliwiali mu wybicie się ponad próg 10% poparcia społecznego. Były już lider .Nowoczesnej przez miesiące był głównym bohaterem rządowych mediów, które wałkowały każdą jego wpadkę, każde przejęzyczenie, każdy lapsus językowy. Wyglądało na to, że jest on większym zagrożeniem dla PiS, niż Schetyna. W istocie, Schetyna i jego aktualna pozycja tzw. „lidera opozycji” jest gwarancją tego, że PiS-owi w sondażach i najprawdopodobniej w przyszłych wyborach nie stanie się krzywda.

Nie porażka Petru, ani to, czy jest sympatyczny, czy nie, są tu najważniejsze. Dużo bardziej przeraża fakt, że  tak, jak nie wiadomo było, jaką partią jest .Nowoczesna, tak dzisiaj ta wiedza jest jeszcze mniejsza. Doprawdy, staram się to wszystko obserwować, ale nie mam zielonego pojęcia, jakich zmian w polityce tej partii można się spodziewać. Wiadomo, że spontanicznego i idącego na żywioł rudego chłopca w drogim garniturze zastąpiła oschła, androgyniczna polityk, która każde wypowiadane słowo cedzi z głębokim namysłem. Kiedy jednak – a możemy sobie wyobrazić taką sytuację – .Nowoczesna będzie języczkiem u wagi decydującym o tym, kto będzie rządził Polską i trzeba będzie usiąść do twardych negocjacji, obawiam się, że nowa szefowa partii polegnie w starciu ze starymi wyjadaczami.

Polegnie, gdyż w sprawie kluczowej dla liberalnej sprawy, .Nowoczesna – tak jak wszyscy inni – poległa. W czasach, kiedy Petru był aktywnym komentatorem, jawił się jako bardzo konsekwentny liberał i wróg państwa socjalnego. W sprawie 500+ poległ, nie tylko zapowiadając kontynuację programu po przejęciu władzy, ale wręcz rozszerzenie go na pierwsze dziecko. Obawiam się, że nowe władze .Nowoczesnej pójdą teraz jeszcze dalej w tym socjalnym szaleństwie, a partia zacznie dryfować w lewo, tworząc trójkąt bermudzki z SLD i Razem. A tam wszyscy toną, bo lewicowy, masowy, małomiasteczkowy elektorat gromadzi i dopieszcza skutecznie rząd PiS.

Rysiu, bardzo cię polubiłem, chłopie. Szkoda, że w polskiej polityce nie ma miejsca dla takich szczerych, naiwnych cwaniaczków, którym się wydaje, że wszystko mogą sami. Musisz trochę podrosnąć, aby stać się jednym z tych, których ludzie kochają – fałszywym, wyrachowanym cwaniaczkiem, który wie, że aby zdobyć tę piaskownicę, trzeba mieć kilku podobnych do siebie koleżków.

Azjatycka opozycja, azjatycki rząd

Demonstracja_Komitetu_Obrony_Demokracji_07

Mamy w Polsce rząd, który realizuje swój program. Mamy w Polsce rząd, który jest zły.

Te dwa zdania tylko pozornie stoją ze sobą w sprzeczności. To prawda, do tej pory mieliśmy w kraju patologiczną sytuację, w której kolejne kampanie wyborcze sprowadzały się do zasady „naobiecujmy, a potem jakoś to będzie”. Skuteczna socjotechnika, przychylne media, umiejętne maskowanie mniejszych lub większych wałków powodowały, że ludziom, którym nie chciało się nic zmieniać nie działa się krzywda.

Dzisiaj mamy rząd, który robi to, co obiecał. Mimo to, jest to rząd zły i niebezpieczny dla Polski. Jest tak dlatego, że w przyjętym w Europie (nie Unii Europejskiej, ale liczącej setki lat cywilizacji europejskiej), liczy się kilka takich zasad, które wynikają z utrwalanej dobrym obyczajem kultury politycznej.

Styl sprawowania władzy przez Prawo i Sprawiedliwość nie ma nic wspólnego z kulturą zachodnioeuropejską. Jest to władza, która niesie ze sobą powiew wiatru mongolskiego stepu, powiew bolszewickiego, rewolucyjnego potu czerwonoarmisty.

Polacy, niestety, uwielbiają rewolucję, zamęt, wszechobecną napierdalankę wszystkich ze wszystkimi. Jesteśmy narodem ukształtowanym najpierw przez sarmacką, wiecową demokrację, w której rację ma najgłośniejszy, a potem – po krótkim epizodzie z niepodległością, w którym również napieprzaliśmy się wzajemnie – narodem z wdrukowanym w tyle głowy sowietyzmem. Sowietyzmem, który tylko stłumił milicyjną pałką naszą potrzebę uczestnictwa w wiecu.

Dzisiaj znowu mamy demokrację wiecową. Polacy kochają uczestnictwo w Marszu rozumianym tak, jak u Kundery – jako wspólnota, plemię, wiec, zmierzający wspólnie w jednym kierunku. A tym kierunkiem jest drugie plemię. Mamy więc dwa plemiona idące ku siebie.

Polski rząd pieczołowicie podsyca i pielęgnuje te wiecowe i plemienne nastroje, choć jego rolą powinno być ich tłumienie. Co gorsze, druga strona, te wszystkie KOD-y, Platformy Obywatelskie, Nowoczesne, grają dokładnie w tę samą grę. Podsycają dzikie, atawistyczne emocje, odwołują się do strachu i nieadekwatnych analogii historycznych i szykują się do wojny totalnej.

Polska oddala się od Europy Zachodniej nie tylko przez rząd. W równym stopniu jest temu winna opozycja. Kiedy widzę i słucham jej liderów, czuję, że mam do czynienia nie z poważnymi europejskimi politykami, ale z jakimiś wiecowymi azerskimi wiecowymi populistami. Z całym szacunkiem dla Azerów i Azerbejdżanu, ale to nie jest droga, którą obraliśmy po 1989 r.

Rząd, jak to rząd. Realizuje swój program. Choć robi to z subtelnością drwala, należy zaakceptować demokratyczny wyrok i pochylić czoła nad rzeczami, z którymi się nie zgadzam. A nie zgadzam prawie ze wszystkim. Większy żal mam do opozycji, która zamiast pokazać ludziom, na czym polega polityka w style europejskim, organizuje wiece za wiecem, straszy ludzi dyktaturą, podsyca niezdrowe emocje. A potem dziwi się i ogłasza żałobę, kiedy chorzy psychicznie ludzie podpalają się na ulicach. I cynicznie to wykorzystuje.